Bośniackie ścieżki Olgi Andrynowskiej
autor(ka): Dorota Borodaj
Z organizacjami pozarządowymi spotyka się w działaniu i poszukiwaniu własnej drogi animacyjno-naukowej. Do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności motywują ją silne, odważne, aktywne kobiety. Od dłuższego czasu w jej pracy splatają się ze sobą dwie ścieżki: ta genderowa, pytająca o rolę i postrzeganie kobiety we współczesnym świecie i ta prowadząca na Bałkany, do Bośni - kraju, gdzie tożsamość współczesnej kobiety dźwiga na sobie ciężar wojny i jej społecznych skutków.

Dwa filary

Do tej pory najmocniej identyfikuje się z dwoma projektami. Pierwszy z nich, „Kobiety Wędrowne”, realizowany był od czerwca 2007 r. do marca 2008 r. przez Towarzystwo Interwencji Kryzysowej i dotyczył kobiet, które po II wojnie światowej zostały zmuszone do wędrówki: zostały wysiedlone, przesiedlone, deportowane, wygnane lub przymusowo osiedlone. Projekt miał na celu przywracanie pamięci i działanie przeciwko wszelkim formom dyskryminacji. Jednym z jego działań było wypracowanie rekomendacji dotyczących edukacji wielokulturowej, ale obejmował też m.in. otwarte spotkania i zbieranie świadectw. Te z kolei złożyły się na publikację. W trakcie realizacji Kobiet Wędrownych między uczestniczkami zawiązują się silne kontakty, sam projekt zaś skupia się na wydobyciu tych osób z marginesu świadomości społecznej. Anna Lipowska-Teusch, prezeska TIK-u, jest do dziś dla Olgi jedną z najważniejszych działaczek i przewodniczek.
Drugim kluczowym dla niej działaniem jest udział w cyklu szkoleniowym „Polki, Żydówki - krakowskie Emancypantki”, realizowanym przez Fundację „Przestrzeń Kobiet” i Żydowskie Stowarzyszenie Czulent w kooperacji z Jewish Community Center. Jego owocem jest wydanie bezpłatnej publikacji „Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie Emancypantek”. Powstaje książka przedstawiająca sylwetki Emancypantek związanych z Krakowem. Olga swój rozdział poświęca w niej Zuzannie Ginczance.
– Ta wybitna poetka, ukrywająca się w Krakowie podczas okupacji, do dziś nie doczekała się należytej uwagi – sprowadzona  często do przedmiotowej roli muzy, definiowana ze względu na urodę, a nie twórczość. Zapamiętana jako autorka jednego wiersza i pomimo tego, że chciała być polską poetką, zapamiętana jako poetka żydowska – opowiada.
Gender po bośniacku
Kontakt z tematyką genderową trwa od czasów zetknięcia się z Fundacją Kobiecą „eFKa” na II roku studiów. Od tego trzymiesięcznego wolontariatu wszystko się zaczyna. Podczas studiów Olga zaczyna interesować się islamem. Równocześnie coraz częściej jej podróżnicze ścieżki prowadzą na Bałkany. Dwa lata temu w zimie po raz pierwszy jedzie do Bośni.
– Bośnia to Bałkany w miniaturze, kiedy o tym myślę mam przed oczami tamtejsze kilimy, kojarzą mi się z tym niesłychanie zagmatwanym splotem kulturowym” – mówi. – Kobiety na Bałkanach powinny przestać być postrzegane wyłącznie jako ofiary wojny, to jeden z postulatów rezolucji Parlamentu Europejskiego, wg mnie bardzo słuszny, bo działalność kobiet zachodzi na wielu płaszczyznach i warto dostrzec, że dokonała się i wciąż dokonuje redefinicja roli i postawy kobiet. Te kobiety to może nie zawsze donośny, bowiem wciąż nie są wystarczająco reprezentowane w życiu społecznym i politycznym, ale niezwykle ważny głos – przekonuje Olga.
Jedno z najważniejszych spotkań
Podczas noworocznej wizyty poznaje Dževahirę. To matka jej bośniackiego znajomego, u którego spędza kilka dni. Mieszkała z rodziną w Srebrenicy, przeżyła oblężenie, ale w masakrze zginął jej mąż i starszy syn. Ciała tego drugiego do dziś nie odnaleziono.
– Na powitanie podała mi rękę i powiedziała: ja sam Bosanka – jestem Bośniaczką. Zaczęłam się zastanawiać, na ile to jest ważne i jak przebiegają procesy samookreślania.
Rok później wraca do Bośni. Najpierw w styczniu, później w lipcu. Jest z Dževahirą 11 lipca, podczas obchodów rocznicy masakry z 1995 roku. Są razem na cmentarzu w Potočari, gdzie odbywają się uroczystości pogrzebowe. Rok wcześniej odbył się pogrzeb jej męża, dziś jest tu, by tak jak tysiące kobiet pokazać, że pamiętają. Wcześniej Ahmed, jej drugi syn bierze udział w maršu mira – marszu pokoju. To trzydniowa wędrówka z miejscowości Nezuk do Potočari. Najliczniejszą grupą uczestników są dzieci ofiar czystek etnicznych – to wyraz pamięci i solidarności, dlatego trasa marszu biegnie szlakiem ucieczki bośniackich mężczyzn i chłopców (ze „Strefy bezpieczeństwa” ustanowionej przez ONZ na wolne terytoria, gdzie byli bezpieczni), tyle, że w odwrotną stronę niż w 1995 r. Olga nie może iść w marszu, rozchorowuje się w samym Nezuku, ale zanim jego uczestnicy dojdą do celu, spędza w Srebrenicy cały dzień z Dževahirą. Spacerują po mieście, Dževahira pokazuje miejsca, gdzie przed wojną stały meczety i odtwarza swoją mapę miasta. Odwiedzają sąsiadki, razem czekają na Ahmeda. Mogą tak mocno się do siebie zbliżyć również dzięki temu, że Olga coraz lepiej mówi po bośniacku, już teraz rozumie praktycznie wszystko, co słyszy.
Nazajutrz okolica zapełnia się samochodami i autokarami, z okien których łopoczą serbskie flagi i wojskowe sztandary. 12 lipca to Petrovdan – cerkiewne  święto, hucznie obchodzone w Republice Serbskiej i zarazem dzień pamięci o serbskich ofiarach wojny. Symbolem cierpienia dla bośniackich Serbów jest Kravica – wieś zaatakowana przez Bośniacką Armię (dowodzoną przez Nasera Oricia) podczas prawosławnych obchodów Świąt Bożego Narodzenia w styczniu 1993 r.
– Nie można mieć nic przeciwko chęci upamiętnienia ofiar, ale sposób, w jaki to przebiega może budzić mieszane uczucia, bo wszystko odbywa się przy natrętnych odgłosach klaksonów i w cieniu tych czarnych sztandarów. Funkcjonuje swoisty mit Kravicy i zdarza się, że liczba ofiar jest znacznie windowana. To, co miałam okazję obserwować 12 lipca stanowi dla mnie dość duży kontrast w porównaniu z uroczystościami z 11 lipca. Po obchodach w Potočari sprzątałam teren cmentarza i wystarczy wspomnieć o opakowaniach po lekach uspokajających, które wraz z wolontariuszami zgarnialiśmy do worków na śmieci- podkreśla.
Autostop pełen opowieści
Po uroczystościach nie wraca do Polski, tylko przyłącza się do międzynarodowego obozu dla wolontariuszy w Potočari. Obóz organizowany jest po raz czwarty przez francuski Emmaüs i bośniacką organizację Međunarodni Forum Solidarnosti. Kilkadziesiąt osób, tym razem głównie z Francji i Bośni, ale również Kanady i Włoch remontuje dom mający stać się w przyszłości miejscem dla młodzieży. Równolegle odbywa się dystrybucja mebli i ubrań wśród najuboższych mieszkańców okolicznych, położonych najczęściej wysoko w górach (i przez to trudno dostępnych), wiosek. W fabryce, w której składowane są dary, ogromne wrażenie robi kontrast: stylowe meble poustawiane we wnętrzu ostrzelanego kiedyś magazynu. Snopy światła wpadają do wnętrza przez przesiekane kulami blaszane ściany. Taka jest z resztą cała okolica: szkielety domów, puste okna, straszące spomiędzy zarośli reszki ścian, a wszystko w oszałamiającym intensywnością kolorów, bajkowym momentami krajobrazie gór, lasów, łąk i pól, które jednak wciąż grożą pozostawionymi tam minami.
W chwilach wolnych od pracy Olga kursuje autostopem między okolicznymi miejscowościami. To pozwala jej dowiadywać się coraz więcej, coraz lepiej poznawać tutejszych ludzi. Bariera językowa jest na tyle mała, by mogła niemal wszystko zrozumieć i zarazem na wyczuwalna, że może śmielej pytać o te najtrudniejsze tematy: o wojnę, relacje między sąsiadami. Uderza ogromna chęć opowiadania o sobie.
Zrobić coś więcej
Obserwując pracę wolontariuszy zauważa, że praca fizyczna nie ma uzupełnienia i nie przekłada się na świadomość dotyczącą przestrzeni, w której przebywają. Problemem jest bariera językowa, bo w znaczny sposób ogranicza integrację uczestników i interakcję z mieszkańcami okolicznych miejscowości. Olga zaczyna poważnie myśleć o zorganizowaniu podczas przyszłorocznego obozu projektu wspomagającego. Czas wolny mógłby być spożytkowany na spotkania i warsztaty z ekspertami, projekcje filmów, na opowieść o tym, co wydarzyło się podczas wojny i jakie ma to skutki dzisiaj.
– Chciałabym w jakiś sposób stworzyć warunki do tego, żeby uczestnicy wolontariatu mogli spotkać się i porozumieć ze społecznością lokalną. To pomysł, który wciąż nie ma określonego kształtu, ale widzę szansę na pracę z historią mówioną albo projekt wizualny. Myślę o tym także dlatego, że to mocno obciążające miejsce i taki projekt mógłby być pewnym rodzajem wsparcia dla wolontariuszy. Do mnie obrazy stamtąd powracają w snach i może robiąc coś jeszcze – sama chcę sobie z tym poradzić, tak mocne było to doświadczenie – dodaje.
 
Olga Andrynowska (ur. 1985) - studentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zapalona autostopowiczka. Lubi humus, kolekcjonuje wrażenia i kicz religijny. 

 

źródło: inf. własna ngo.pl
data publikacji: 2009-08-25
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!