Feministka, weganka, ekolożka to za dużo nawet jak na stolicę
autor(ka): Paulina Capała
Dla Joanny Erbel teoria idzie w parze z praktyką. Jest obywatelką miejską. Lubi mocne espresso i rozmowy o Warszawie.

Jest proekologiczna. Zostawia zielony rower przed kawiarnią i znajomi szybko poznają, że teraz tu siedzi. Wpadają do środka, zamieniają dwa słowa, albo podrzucają plakat kolejnej akcji. Joanna wędruje po mieście - to zawsze im go gdzieś przyklei.

Rower w życiu Joanny jest ważny - pozwala doświadczać miasta w nowy sposób: - Jeżdżąc na rowerze zobaczyłam, jak bardzo miasto jest niedopasowane do jego użytkowników. Dzięki "O Mamma Mia! Tu wózkiem nie wjadę!" i innym akcjom Fundacji MaMa zauważyłam, że jeszcze gorzej mają rodzice z dziećmi i niepełnosprawni - wyznaje Joanna i dodaje: Miasto jest ekskluzywne. Dyskryminuje tych, którzy są mniej sprawni, albo po prostu inni. Feministka, weganka i ekolożka, to za dużo nawet jak na stolicę.

Od badania do działania
Lato roku 2006 jest przełomowe. Erbel trafia do REDakcji Krytyki Politycznej. Tam się dzieje. Są ciekawi ludzie, z którymi jest o czym porozmawiać i wiele pól, na których można działać. Adam Ostolski proponuje: przetłumacz fragmentu Chantal Mouffe (rok później Erbel przetłumaczy całą „Polityczność“). Później są zdjęcia ze spotkań i demonstracji, kolejne teksty. Tak zaczyna się Joanna Erbel - aktywistka.

W tym samym momencie dostaje propozycję od Instytutu Socjologii UW, żeby przeprowadzić badania. Chodzi o ruch feministyczny. Decyduje się od razu. Przez kolegę kontaktuje się z Kaśką Bratkowską. Spotykają się w siedzibie Polskiej Partii Pracy. Tam są feministki. Siadają razem i zaczyna się dyktowanie. Kilkadziesiąt nazwisk, numerów telefonów. Potem spotkania, wywiady. Pierwsza, druga, kolejna demonstracja: - Obserwowałam ruch i widziałam, jak feminizm przechodzi od krytyki kultury do krytyki społeczeństwa. Zobaczyłam, że przesuwamy się w stronę lewicy. Teraz jak mówimy o aborcji - to w kwestiach ekonomii i wykluczenia - że na przykład kobiety, które na to stać mogą (choć nielegalnie) ją mieć, cała reszta nie ma szans.

Zaczyna dokumentować akcje. Fotografie są ważne. Zostaje ślad i powstaje lustro, w którym ruch może się przeglądać. Myśli: - Chcę zrobić fotografię, która będzie pokazywała mój punkt widzenia: to, że się solidaryzuję z tymi kobietami i że mam dla nich sympatię. Media pokazują manify z innej perspektywy. Zrobię to po swojemu. Joanna staje się zadeklarowaną feministką. Niecały rok później dokumentuje Białe Miasteczko. Pokazuje siłę protestujących pielęgniarek. Zdjęcia trafiają do Kuriera Białego Miasteczka.

Fotografia daje możliwość obserwowania i opisywania ważnych dla niej spraw. Kończy badania nad feminizmem. Zaczęła jako socjolog skończyła jako socjolożka, fotografka, feministka. Chodzi na spotkania. Rok później podczas letniej szkoly New School for Social Research w Przergorzałach poznaje Ann Snitow, profesorkę literatury i gender studies z Nowego Jorku, o której mówi z czułością: "babcia polskiego feminizmu": - Spotkanie ze Snitow było dla mnie ważnym momentem. Poznałam lepiej literaturę feministyczną, dostałam dużo wsparcia. Wiedziałam, że mogę liczyć na jej radę i pomoc. Ann zapraszała mnie do siebie do Nowego Jorku. Wybrałam się tam dopiero pod koniec 2008 roku – wspomina feministka.

Moje miasto
Rok 2007. Kolejny waży moment. Z jednej strony strajk pielęgniarek i długie godziny spędzone w Białym Miasteczku. Z drugiej, powstaje Dotleniacz Joanny Rajkowskiej: - Ten projekt przesunął mój horyzont wyobrażenia o mieście. Plac Grzybowski stał się miejscem spotkań starszych pań, które po kościele szły posiedzieć na ławce i porozwiązywać krzyżówki. Zaczęły przychodzić studentki z dredami i kolczykami w nosie, które chciały wspólnie pouczyć się do egzaminu. No i chłopaki z osiedla. Dzięki Dotleniaczowi Plac stał się miejscem gdzie ludzie mogli po prostu ze sobą pobyć. Posiedzieć. Stworzyła się taka otwarta przestrzeń; nie dla wybranych, nie do dyskusji, bez selekcji. Po prostu kawałek miasta dla każdego - tłumaczy aktywistka.

Pierwszy sygnał: zmiana jest możliwa. Okazało się, że ludzie, którzy nie są admiratorami sztuki współczesnej, potraktowali instalację Rajkowskiej jak swoją. To, co dla znawców było dziełem sztuki, dla nich przez chwilę tworzyło krajobraz najbliższej okolicy. Joanna postanawia: - Napiszę doktorat o mieście. Miejska przestrzeń to arena walki. To tu ścierają się różne interesy. Weźmy taki Pasaż Wiecha. Dlaczego tam nie ma ławki? - zastanawia się i dochodzi do wniosku: - Mieszkańcy muszą walczyć o to, żeby być widocznym i słyszalnym.

Warszawa ma ekskluzywne centrum: sklepy, pasaże z betonu, mało zieleni: - Tu z psem na spacer nie pójdziesz. Nie usiądziesz z książką na ławce. Centrum miasta jest wykluczające. Spycha mieszkańców na obrzeża - tłumaczy. Joanna przypomina sobie akcję Fundacji MaMa i Dotleniacz. Dotyczą tego samego. Chodzi o prostą zasadę. Bo, co to znaczy, czy przestrzeń jest dobra, czy zła? Przyjazna, albo nie?: - Okazało się, że można to zobaczyć, kiedy zderzą się interesy dwóch różnych grup. Jeśli chodzi o Pl. Grzybowski to były panie emerytki i studenci - wszyscy miejsce postrzegali jako swoje. Podobnie było z akcją " Tu z wózkiem nie wjadę". Wspólny interes i perspektywa doświadczania miasta połączyła dwie różne grupy: rodziców z wózkami i niepełnosprawnych.

DuoPolis i miejskie obserwacje
Jeździ do Berlina. Czuje, że to miasto jest dobrze pomyślane. Życzliwe. Jest stworzone przez i dla mieszkających w nim ludzi. Spotyka tam Joannę Kusiak, która pisze doktorat o Berlinie i Warszawie. Erbel dowiaduje się, że od 91 roku te dwa miasta zawiązały partnerstwo. Rozgląda się po Warszawie i znajduje tylko jeden jego materialny ślad: fragment ścieżki rowerowej u zbiegu Niepodległości i Batorego oznaczony godłami obydwu miast: - Dlaczego tak mało? - dziwi się.

Rozmawia ze znajomymi. Warszawa i Berlin powracają w tych rozmowach często. Zastanawia się, jakie znaczenie dla miasta mają organizowane w przestrzeni publicznej akcje artystyczne i happeningi. Razem z Joanną Kusiak, Grzegorzem Lechowskim i Sylwią Mróz postanawiają założyć stowarzyszenie. Dołącza do nich jeszcze kilkanaście osób – aktywistów, artystek, badaczek społecznych, architektów, prawników. Powstaje Duo Polis. Inicjują dialog w mieście i o mieście. Organizują cykl spotkań poświęconych tematyce miejskiej: - Chcemy w ten sposób rozpoznać przestrzeń. Zaprosić do wspólnej dyskusji środowisko akademickie i miejskich aktywistów. Uważamy, że to dobre połączenie - że z takiej energii może się coś dobrego dla miasta zadziać - wyjaśnia Joanna Erbel.

Startują bez pieniędzy. Mają inny skarb: potencjał ludzki, kulturowy, wiarę w to co robią i dobrą energię. Na początek organizują cykl spotkań „Przestrzeń miasta, przestrzeń działania“, który Joanna prowadzi wspólnie z Grzegorzem Lechowskim. Na pierwsze spotkanie zapraszają architekta-urbanistę Krzysztofa Nawratka i architektkę Aleksandrę Wasilkowską. Obydwoje zgadzają się wziąć udział w spotkaniu dla idei. Nawratek przylatuje z Plymouth (w którym mieszka i wykłada). Opłaca się. Klubokawiarnia Chłodna 25, w której odbywają się spotkania, pęka w szwach. Zainteresowanie tematem jest duże. Drugie spotkanie i drugi raz tłum. Sylwia Chutnik (Fundacja MaMa), Ewa Majewska (filozofka) i Elżbieta Sekuła (kulturoznawczyni i socjolożka) podejmują problem płci kulturowej w przestrzeni miasta. Pytają: jaką rolę płeć odgrywa w mieście? Czy można mówić kobiecym/męskim planowaniu przestrzeni? Dlaczego warto słuchać, co feministki mają do powiedzenia o mieście?

- Cieszę się z tych spotkań. Wiem, że większość mieszkańców nie partycypuje w tworzeniu miasta. Okazuje się jednak, że wiele osób zastanawia się, jak można to zmienić. To się udaje. Wiem, że można wypracować jakąś niezłą metodę. Myślę, że bardzo dużo od takiej metody zależy. Tak było w przypadku Bezinteresownej Przestrzeni Miejskiej i dwóch metod konsultacji społecznej. Raz przedstawiono mieszkańcom model zaprojektowanej przestrzeni miejskiej i warszawiacy nie chcieli się konsultować, bo to było coś z innego porządku. Nie rozumieli i nie akceptowali tego. Ale jak na Dworcu Wschodnim zrobiono oazę z roślinami i ogrzewaniem w skali 1:1 i później zapytano ludzi, co o tym myślą - to mieli swoje zdanie. Dokładnie wiedzieli, czy im się to podoba, czy nie. To pokazuje, że problem nie leży w tym, że mieszkańcy nie chcą konsultować projektów - tylko w jaki sposób stwarza im się możliwość tej konsultacji. Nawet ja, choć jestem w temat mocno zaangażowana, nie chodzę na zebrania dzielnicy, żeby zobaczyć rozrysowany projekt - opowiada miejska działaczka.

8 osób Warszawa
Znajomy kurator z Indii zaprasza ją do współpracy. Organizuje akurat festiwal Polski w Bangalur. Chce, pokazać Warszawę. Joanna decyduje: - Jeśli o mieście to przez to, jak korzystają z niego mieszkańcy. Przygotowuje cykl fotografii. Obserwuje osiem osób: mieszkańców i mieszkanki Warszawy o różnym pochodzeniu, płci i wieku. Towarzyszy im z aparatem od rana do zmierzchu. Opowiada obrazem o ich codziennej aktywności. Potem trasę rzuca na mapę miasta: - Chcę pokazać, że Warszawa nie składa się z gett. Mieszkańcy używają całego miasta. Czasami, dlatego, że mają możliwość i ochotę bycia raz tu, a raz tam. Inni, bo są zmuszeni jechać do innej dzielnicy, żeby zrobić taniej zakupy - wyjaśnia Erbel.

Praca dla Joanny jest pasjonująca: - Wszystko jakoś łączy się w spójną całość. Robię to, co naprawdę mnie interesuje. Poza zajęciami na Uniwersytecie i spotkaniami Duo Polis nie mam określonych godzin pracy. Fotografia, badania, pisanie... Każda z tych rzeczy to inny rodzaj wyzwania. To jest w tym wszystkim najlepsze. Mogę dużo pracować, bo cały czas robię coś innego. Kiedy zmęczy mnie pisanie mogę nabrać nowej energii spotykając się z ludźmi i planując kolejną akcję – stwierdza fotografka i wyznaje: - Jedno się we mnie nie zmienia: chęć obserwowania i tworzenia tkanki miasta.

źródło: inf. własna
data publikacji: 2009-02-03
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!