Marta Kaszubska: Mam na imię Mierz Wysoko
autor(ka): Paulina Capała (ngo.pl)
Mama przypomniała jej niedawno taką historyjkę: - Jak byłaś mała i tuż po operacji, z nogą w ciężkim gipsie leciałaś na podwórko do dzieciaków. Żadna siła nie mogła cię powstrzymać. Marta pamięta i dodaje bez chwili wahania: - No, przecież ja czuję się szczęśliwa, jak jestem blisko ludzi! Widocznie tak jest od zawsze.

To się bierze z mleka matki

Marta Kaszubska pamięta, że w domu wszyscy wiedzieli, co to znaczy być aktywnym obywatelem: – Mama nauczycielka, tata związany z warszawskim sektorem ngo. Trochę nie miałam wyjścia. Wyssałam zaangażowanie z mlekiem matki – żartuje.

Zaczyna na poważnie w Centrum Edukacji Obywatelskiej. Bierze udział w projektach skierowanych do młodzieży. Tak się układa od początku. Przygotowuje młodych do wyborów w szkołach, które mają być przeprowadzone równolegle do tych dla dorosłych – parlamentarnych. Angażuje się w projekt „Poczytaj mi przyjacielu“, w którym uczniowie ponad 150 szkół czytają bajki dzieciakom z domów dziecka, spędzają z nimi wolny czas i pomagają w lekcjach.

Niemożliwe? – niemożliwe!

W chwilę później wyjeżdża na pół roku do Indii i zaczyna działać w lokalnej organizacji pozarządowej. Zbiera ważne doświadczenia. Razem z koleżanką realizuje projekt Girls Can!: – Stworzyłyśmy projekt dwutygodniowych intensywnych warsztatów dla dziewczynek. Zastanawiałyśmy się, co możemy realnie zrobić, żeby pokazać im, że ich postawa, chęć uczenia się nowych rzeczy może mieć przełożenie na rzeczywistość – tłumaczy Marta. – Rowery. Rowery pomogły we wszystkim. To chłopcy jeździli na rowerach, byli bardziej mobilni. Dziewczynki nie potrafiły, były przywiązane do miejsca; kiedy nauczyły się sprawnie poruszać na rowerze, uwierzyły, że mogą robić też wiele innych rzeczy. Takich, które do tej pory uważały za nieosiągalne, niedostępne.

Pracuje z pierwszym pokoleniem, które pójdzie do szkoły, nauczy się pisać i czytać. Z pierwszym pokoleniem, które ma szansę, żyć trochę inaczej: – W tym, co robię bardzo ważne jest to, że pomagamy innym w budowaniu własnej wartości. Dajemy im poczucie, że mogą zrobić coś, co do tej pory wydawało się niemożliwe. Przekroczyć własne ograniczenia, po to, żeby w chwilę później zmierzyć się z zewnętrznymi przeciwnościami – wyjaśnia animatorka. Indie odwiedzi jeszcze dwa razy.

Młodzi o młodych, dla młodych

– Razem można osiągnąć więcej – twierdzi Marta i w 2004 roku z grupą znajomych zakłada stowarzyszenie Mierz Wysoko. Wierzy w młodych ludzi, w ich możliwości i siłę. Chce wspierać ich w dążeniach do kształtowania swojego otoczenia. Wspólnie budować silne poczucie własnej wartości i wiary w swoje możliwości. Pokazać im, że warto tworzyć społeczeństwo otwarte, tolerancyjne, globalne; że warto robić coś razem. Stać z boku i przyglądać się? Nie. Rzeczywistość jest po to, żeby ją kreować, a nie po to, żeby się jej poddawać.

W stowarzyszeniu jest dużo pracy, ale i satysfakcji. Mierz Wysoko realizuje m.in. internetowy projekt Akademia Liderów Społecznych: – Pokazujemy młodym ludziom, jak zostać liderem. Internet umożliwia nam dotarcie do najbardziej odległych zakątków Polski. Uczestnikami projektu opiekują się przygotowani do tej roli moderatorzy. Młodzi dostają od nas materiały, wskazówki i niezbędną pomoc. Później sami realizują projekty społeczne w swoich miejscowościach – Marta przybliża założenia Akademii.

Potrzebne negocjacje

Marta ma wiele zainteresowań i chętnie uczy się nowych rzeczy. Wie, że nawet małe wydarzenia; małe decyzje i przypadkowe spotkania mogą znacząco zmienić życie. Dostaje propozycje udziału w warsztatach fotografii otworkowej i postanawia spróbować: – Na warsztaty zaprosiła mnie i grupę naszych znajomych Kamila Tyniec. Siedzieliśmy razem wyklejając pudełka do camery obscury, aż… o tym, co robimy dowiedziały się dzieciaki z okolicy. Ktoś wpuścił je do środka i w jednej chwili zniknęło dosłownie wszystko. Materiały fotograficzne, kartki, długopisy. Nie mieliśmy na czym dłużej pracować – wspomina warszawska aktywistka i dodaje: – Bez materiałów nic nie mogliśmy zrobić. Poszliśmy do dzieciaków i zaczęły się negocjacje. Dzieci na samym początku nie chciały się przyznać, że zabrały nasze rzeczy. Obiecaliśmy im, że jak oddadzą nam wszytko nauczymy je robić zdjęcia. Rzeczy same znalazły się w jakiś cudowny sposób.

Po incydencie pomyślała, że dzieci nie zrobiły tego złośliwie, że chciały po prostu zwrócić na siebie uwagę. Postanawia wrócić na Pragę i przekonać się, czy tak jest naprawdę. Na praską ulicę wraca ze znajomymi. Mieszka po drugiej stronie Wisły i jeszcze nie podejrzewa, że przeprawa na drugi brzeg stanie się dla niej codziennością. Jest maj 2006 roku.  Urząd Miasta st. Warszawy wspiera stowarzyszenie małą dotacją. Marta myśli: – Zrobimy coś dla dzieci na Pradze!

Monocykl, szczudła i  przygoda z jajkiem

Animatorzy jadą na Brzeską. Kto zna Pragę ten wie, co to znaczy jechać w tamtą okolicę. Na turystach to zawsze robi wrażenie: obdrapane mury, stare kamienice, ciemne bramy, a w nich strach wiedzieć co. Na Marcie i jej znajomych akurat to nie robi wrażenia. Wsiadają na swoje monocykle (jednokołowe rowery), ktoś trzyma pod pachą starą walizkę wypchaną po brzegi kolorowymi kredkami, sznurkami, balonami i innymi skarbami.

Po pięciu minutach z zakamarków ulicy: z domów, z podwórek, nie wiadomo skąd przybiegają dzieci. – To trwało dosłownie chwilę. Dzieciaki dosłownie nas otoczyły. Tak to się zaczęło – wspomina Marta.

Monocykl budzi duże zainteresowanie. Wygląda śmiesznie i żadne dziecko nie umie na nim jeździć. Najszybciej nauczy się Dominik – rekordowo, bo w sześć godzin. – Specjalnie przynosimy im, rzeczy, których dotąd nie znały. Uczymy żonglerki, chodzenia na szczudłach, jazdy na monocyklu. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że na samym początku dzieciaki nie dowierzają, że można coś takiego zrobić, że one mogą to zrobić – wyjaśnia Marta. Z takich spotkań i wspólnych zabaw powstaje projekt Społeczny Cyrk Uliczny. Animatorzy nie przejmują się, kiedy po pierwszych warsztatach znika wszytko, co przywieźli w starej walizce. Taka specyfika dzielnicy.

Brzeska 20, czyli dzieci mają swoje miejsce

Kontynuacją pracy z dzieciakami na ulicy jest założenie Klubu Młodzieżowego przy Brzeskiej 20. Nie ma tu zwykłych mebli – wszystko zdobyczne, ktoś przyniósł coś z domu, ktoś inny znalazł na śmietniku. Dzieci zaangażowały się w urządzanie miejsca. Mają tu mini ścianę do wspinaczki, możliwość zabawy z młodymi pedagogami, zapewnioną pomoc przy odrabianiu lekcji.

– W klubie wszystko jest podniszczone. Dzieciakom trudno usiedzieć w miejscu. Wiercą się, kręcą. Są niespokojne. Pamiętam, jak pierwszy raz powiedziałam: ok. poczytam wam 10 minut książkę, a potem możemy robić, co będziecie chcieli. Co to był za bunt, ile namawiania! Ale ostatecznie udało się. Następnym razem mówię: ok. to dziś 15 minut czytania. Któregoś dnia podchodzi do mnie jedna z dziewczynek i sama czyta na głos akapit. Zabrała książkę do domu i przeczytała całą. „Opowieści z Narnii“ – to jest przecież takie grube – pokazuje Marta i cieszy, bo to niezwykłe osiągnięcie.

Klubik powoli wpisuje się w krajobraz ulicy. Dzieci zachęcone przez opiekunów zanoszą pismo do burmistrza z prośbą o postawienie w okolicy znaku „zwolnij“. – Ten napis, co tu jest namalowany, to sami się postaraliśmy – mówi Dominik, który z klubem związany jest od początku – samochody jeździły za szybko, a tu przecież dzieci zawsze na ulicy się bawią. To teraz muszą zwolnić – relacjonuje z dumą. Świetlica stoi zamknięta. Tylko na trochę. Ktoś trzeci raz wybił szybę. Stowarzyszenie nie ma pieniędzy. Trzeba poczekać. Zarobić. – Zadzwonił do mnie jakiś człowiek, przedstawił się jako polityk, zaoferował pomoc. Przestraszyłam się. Nie chciałam mieć nic wspólnego z polityką. Pomyliłam się. Ten człowiek zorganizował dla nas spektakl, a dochód z biletów przeznaczy na Brzeską –  cieszy się streetwalkerka. – Otworzymy się na nowo!

Jutro też tu przyjdę

Marta dla swojego stowarzyszenia zrezygnowała z pracy w Gazecie Wyborczej (dział kampanii społecznych). Nie żałuje. Jej ulubione słowo to „oria“, co w regionie Indii, w którym pracowała znaczy przyjaciel. Lubi ruch, podróże i swoją pracownie ceramiczną. O sobie mówi: – Mam na imię Mierz Wysoko!

Największym wyzwaniem jest dla niej praca z praskimi dzieciakami. – Kiedyś pół naszego zespołu zostało oplute i obrzucone jajkami. W takich momentach ciężko jest się motywować. Nie wiem, jak to się staje, że następnego dnia wracam na Brzeską. Z dwoma tuzinami jajek oczywiście – śmieje się  Marta. – Robimy drużyny i teraz nie ma już negatywnych emocji. Codziennie zdarzają się małe potknięcia, porażki. Ogromnym osiągnięciem jest, jak ktoś rzuci papier na ziemię i poproszony podniesie go – wyznaje.
  – A wcale, że nie! Proszę nie słuchać, ona nie ma żadnych porażek – broni jej Dominik  i dodaje dla równowagi: – Sukcesów też nie! Animatorka i chłopak znają się dobrze. Wiedzą, że wygłupiając się można powiedzieć najważniejsze, najtrudniejsze nawet rzeczy.

 

źródło: inf. własna
data publikacji: 2008-11-26
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!