Przejdź do treści głównej

Maria Wojtysiak: rozmawiam, zamiast pikietować

autor(ka): Marek Władyka
2012-05-16, 12:00
archiwalne
Maria Wojtysiak
Za PRL-u zaczęła ratować zabytkowe dziedzictwo Warszawy. Niezależnie od ustroju tłumaczy decydentom, że przestrzeń miasta to żywa tkanka, o którą należy dbać. Na początku lat 90. zajęła się architekturą socrealizmu, bo uznała, że należy ją zachować dla przyszłości.

Intensywnie pracuje zawodowo. Swoją ulubioną działką, czyli konserwacją zabytków, zajmuje się w przeróżny sposób. Jest rzeczoznawcą ministra, pisze opinie, oceny, ekspertyzy na zlecenie urzędów, jest konsultantem przy dużych inwestycjach związanych z zabytkami. Działa w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, Stowarzyszeniu Konserwatorów Zabytków, Komitecie Opieki nad Starymi Powązkami, Komisji Dialogu Społecznego ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego przy Biurze Stołecznego Konserwatora Zabytków oraz Warszawskiej Radzie Działalności Pożytku Publicznego. Jako miejska urzędniczka, społecznik i zaangażowana architekt starała się i ciągle stara, by zabytki Warszawy nie dały się podporządkować prymatowi bezwzględnego naporu inwestycyjnego i pieniądza.

Ciągle również projektuje. – Kiedy człowiek przestaje projektować, nie może się nazwać architektem – podkreśla Maria Wojtysiak.

„Jaka jest moja historia?”

Architekturę studiowała na Politechnice Warszawskiej. Chciała być lekarzem, jak ojciec, lub malarką, podobnie jak matka. Jej ojciec delikatnie jednak zasugerował, że dwie artystki w domu to za dużo, a praca lekarza jest całkowicie pochłaniająca. Stąd kompromis, czyli architektura. Już jako uczennica liceum rysowała ilustracje zabytkowych obiektów do przewodników turystycznych.

Po studiach pracowała przy odbudowie Zamku Królewskiego i Ujazdowskiego, następnie w Urzędzie Konserwatorskim w Warszawie. Została wówczas członkinią Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, które reaktywowało się w 1974 roku za sprawą historyka sztuki Stanisława Lorentza. Szybko trafiła również pod skrzydła Jerzego Waldorffa do Komitetu Opieki nad Starymi Powązkami.

„Jestem społecznikiem, nie aktywistką”

Społecznikostwo ma we krwi. Nie lubi określenia „aktywistka”, bo w pamięci ma jeszcze czasy stalinowskie. – Mam fatalne konotacje. Kojarzy mi się to z przymusem, m.in. noszenia czerwonej chusty w szkole, pochodami, wymuszanymi czynami społecznymi. Rodzice pracowali intensywnie zawodowo, natomiast udzielali się społecznie nieformalnie. Mój ojciec leczył wielu ludzi za darmo. Matka dzieliła się wiedzą, uczyła grafiki, rysunku, opiekowała się po wojnie wieloma ludźmi potrzebującymi pomocy. Społecznikostwo znam z rodzinnego domu – opowiada Maria Wojtysiak.

Jej społeczne zacięcie wynika również z patriotycznego nastawienia do miasta. – Robię coś, do czego jestem przekonana, co sprawia mi przyjemność. Urodziłam się w Warszawie. Ratowanie zabytków uważałam zawsze za swój obowiązek, podobnie jak przekonywanie władzy do tego – tłumaczy warszawska architekt.

„Moje hobby – socrealizm”

Choć czasy stalinizmu odczuła na własnej skórze, uświadomiła sobie, że architektura i sztuka socrealistyczna ma specyficzne wartości. Patrzy na to okiem zawodowca. – O tragicznej historii nie można zapomnieć. Socrealizm, choć jest z założenia sztuką wtórną, odtwórczą, to pozostawił całą masę wartości, w tym artystycznych, a w architekturze urbanistycznych – wspomina pani Maria.

Zdaniem Marii Wojtysiak w Warszawie wraz z socrealizmem skończyła się urbanistyka. – Przestały istnieć uporządkowane układy ulic i alej, przestrzenie wewnątrz osiedli. Zaczęto budować bez ładu i składu, na pustkowiach, sypialnie bez infrastruktury. Za socrealizmu wszędzie były szkoły, żłobki, licea, przestrzeń dla ludzi, zieleń. Ludzie mogli integrować się. Założenie było prospołeczne. Było blisko do zakładów pracy. Obiekty, mimo czasem strasznych lub śmiesznych dekoracji, były projektowane przez wybitnych polskich przed- i powojennych architektów. PKiN, mimo tego, że ubrany w dekorację pseudohistoryczną, był najnowocześniejszym w tym rejonie Europy wysokościowcem wzorowanym na amerykańskich drapaczach chmur. Prof. Leonid Rudniew, przedwojenny znakomity rosyjski architekt, w Stanach Zjednoczonych studiował ich budowę – wyjaśnia architekt-konserwator.

„Pokrzykiwania są mało skuteczne”

W przypadku współczesnej Warszawy nie podoba się jej tendencja do zabudowywania każdego wolnego skrawka, z którego wyciska się pieniądze. – Osoby, które podejmują decyzje w zakresie architektury, nie widzą, nie czują tego, pozwalają, by inwestycje zabijały przestrzeń miejską. Nie udało się utrzymać świadomości władz na pewnym poziomie myślenia o estetyce przestrzeni i potrzebach mieszkańców. Wyciskanie z każdego skrawka terenu pieniędzy przez ludzi, którzy tu nie mieszkają i robią tu jedynie interesy, jest porażką – uważa Maria Wojtysiak.

Walczy również z ustawą termoizolacyjną w jej obecnym kształcie, która zmienia architekturę – jak to sama określa – w bezkształtne, pomalowane w ordynarne kolorki i wzorki obiekty. – To niszczenie własnej historii. Od degradacji dorobku materialnego, do degradacji społecznych zachowań jest bardzo blisko. Chodzi o zachowanie wartości, które kształtują świadomość, by człowiek po prostu miał na czym zawiesić oko i zastanowić się, dlaczego miasto w konkretnym miejscu wygląda tak, a nie inaczej, dlaczego on dobrze się czuje w takim miejscu – tłumaczy Maria Wojtysiak.

Od pikietowania i wychodzenia na ulice z hasłami na transparentach woli rozmawiać, tłumaczyć, szkolić. – Pracowałam przez wiele lat w urzędzie konserwatorskim za PRL, więc byłam formalnie po stronie władzy, ale decydentom w mieście starałam się tłumaczyć, czasem naciskać. Organizowałam szkolenia, wycieczki. Za czasów komunistycznych walczyłam o przywrócenie do świetności kamienic, które nie zostały jeszcze po wojnie obdarte z detalu i rozebrane. Agresja do mnie nie przemawia, szczególnie jeśli chodzi o zabytki. Ludzie mają czasem szlachetne pobudki, ale nie potrafią skutecznie działać. Pokrzykiwania są mało skuteczne – mówi działaczka Komisji Dialogu Społecznego ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego.

KDS, czyli różnorodność interesów

Komisje Dialogu Społecznego, zdaniem Marii Wojtysiak, to różnorodne towarzystwo. – KDS ds. Ochrony Dziedzictwa Kulturowego składa się z przeróżnych organizacji: zawodowych, stowarzyszeń lokalnych (Żoliborz i Ochota są bardzo aktywne), ale też takich, które pod pozorem walki o coś tylko krzyczą i nie kiwną palcem. Przykładem może być sprawa Parowozowni. W ramach KDS powstał zespół, który miał się nią zajmować. Nie zrobił jednak nic przez osiem miesięcy. Ci sami ludzie później poszli do wojewody, by odwołać wszystkich konserwatorów. Są organizacje nastawione na załatwianie partykularnych interesów. Niektóre organizacje działają w KDS-ach po to, by poszerzyć wachlarz możliwości starania się o pieniądze. Nasz KDS udało się trochę uporządkować w sensie merytorycznym. Awanturnictwo wyniosło się. Nie toleruję napadania na kogokolwiek, w tym na urzędników bez dogłębnego zapoznania się z problemem, bez znajomości przepisów. Tego oczekuję od wszystkich – podkreśla.

Nie dziwi się, że urząd konserwatorski nie ma zapotrzebowania na konsultowanie z KDS-em wszystkich spraw, którymi się zajmuje. – Dostajemy do zaopiniowania większe programy dotyczące np. Starych Powązek i wpisania ich na listę dziedzictwa kulturowego, czy program ochrony zabytków w Warszawie na kolejnych kilka lat. Urząd reaguje na nasze niepokoje. Jestem zwolennikiem tego, jeśli dzieje się coś intensywnie i skutecznie. Ale to moja cecha. Największym walorem komisji jest to, że wiemy, co się dzieje w mieście, bo informujemy się wzajemnie o tym, co robią poszczególne organizacje. Popieramy się nawzajem. Jeśli jakaś akcja jest dobrze udokumentowana, wtedy podpisujemy i składamy wnioski do odpowiednich władz. To wtedy istotny, mocny głos wielu – wyjaśnia pani Maria.

Socrealizm ponad granicami

Sukcesem zakończyła się wystawa „Architektoniczna spuścizna socrealizmu w Warszawie i Berlinie MDM / KMA”, w przygotowanie której zaangażowała się Maria Wojtysiak. Zrealizowana została przez Dom Spotkań z Historią oraz Deutsches Historisches Museum w związku z przypadającym w 2011 roku 20-leciem podpisania traktatu polsko-niemieckiego oraz partnerstwa Warszawy i Berlina.

– Konserwatorzy Warszawy i Berlina podjęli wspólne akcje. Ponieważ zajmuję się socrealizmem, zaproponowano mi w tym udział. Napisałam konspekt wystawy, przygotowałam album. Udało się to zrealizować przy intensywnej współpracy urzędów konserwatorskich Berlina, Warszawy i udziale Domu Spotkań z Historią. Wystawa wzbudziła olbrzymie zainteresowanie. Przez dwa dni w Deutsches Historisches Museum byłam wielokrotnie pytana, szczególnie przez młodych ludzi, bardzo tą spuścizną zainteresowanych – wspomina Maria Wojtysiak.

Teraz marzy się jej album poświęcony detalowi socrealistycznemu, który obejmowałby m.in. Moskwę, Mińsk, Kijów, Berlin, Lipsk oraz oczywiście miasta w Polsce. – Urząd konserwatora w Warszawie zlecił mi na razie ocenę stanu zachowania detalu architektonicznego z tamtego okresu. Na obecną chwilę będzie to sfotografowane, opisane i w ten sposób zachowane – informuje Maria Wojtysiak.

Intensywna praca i marzenia

O czym marzy zaangażowana w warszawskie sprawy architekt-konserwator zabytków? Chciałaby doprowadzić do zmiany Ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, we współpracy z Departamentem Ochrony Dziedzictwa w Ministerstwie Kultury. Główny cel to uniezależnienie pozycji urzędów konserwatorów zabytków. – Są oni teraz zależni od urzędników samorządowych. Dawniej podlegali tylko generalnemu konserwatorowi w Ministerstwie Kultury – wyjaśnia Maria Wojtysiak. To obustronnie niekomfortowa sytuacja, a ofiarą są zabytki .

Choć obecne czasy nie sprzyjają zabytkom, Maria Wojtysiak wcale nie uważa, że trzeba kruszyć kopie o każdy stary budynek w mieście. – Zgadzam się, że czasami walka jest toczona o nic. Czasem wystarczyłaby konserwacja przez dokumentację, czyli należałoby obfotografować, zmierzyć, narysować. Rozczulanie się nad każdą przedwojenna budowlą, bieda czynszówką, nie ma sensu. Trzeba je mądrze modernizować, można je rozbudować nawet w sposób bardzo nowoczesny. Na świecie tak się robi. Trzeba mieć po prostu aktywne podejście, znaleźć funkcję, którą da się w budynek wpisać, by zabytek mógł żyć. W Holandii w nieużywanych kościołach są muzea, domy towarowe, dyskoteki. Trzeba znajdować złoty środek. To nie może stać i umierać. Obecnie nie ma równowagi między naporem inwestorsko-deweloperskim i polityką władz a ochroną dziedzictwa. Jest przyzwolenie, by miasto dogęszczać, niszczyć jego ład przestrzenny. Urbanistyka w Warszawie jest nieobecna, to skandal. To efekt nacisku pieniądza – zaznacza.

W Warszawie są budynki, na które Maria Wojtysiak podczas spacerów rzuca okiem z sentymentem. – Są takie obiekty, które udało się uratować na podstawie skromnej, historycznej dokumentacji fotograficznej, szczątkowych fragmentów detalu elewacji. Moja ukochana kamienica stoi na rogu Lwowskiej i Koszykowej. Patrzyłam na nią przez całe studia. Później został pod moim kierunkiem przeprowadzony remont konserwatorski elewacji, który przywrócił jej oryginalne zwieńczenie narożnej wieżyczki – opowiada warszawska architekt.

Informacja własna portalu ngo.pl

Źródło: inf. własna
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 4 3

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • historia
  • kobiety
  • kultura
  • miasto
  • ochrona zabytków
  • rewitalizacja
  • współpraca z administracją