Przejdź do treści głównej

Ludzie sektora: Ewa Bryła

autor(ka): Marta Chowaniec
2011-03-10, 03:34
archiwalne
Ewa Bryła
Filozofka z wykształcenia, kursuje między Krakowem, gdzie pracuje, a Zagórzem na Podkarpaciu, gdzie ma rodzinny dom i prowadzi Stowarzyszenie Dziedzictwo Mniejszości Karpackich. Marzy, by wyremontować 1,5 tys. cmentarzy grekokatolickich od Pogórza Przemyskiego po Beskid Niski.

Czym się zajmuje

Stowarzyszenie Dziedzictwo Mniejszości Karpackich z siedzibą w Zagórzu na Podkarpaciu pierwszy grant otrzymuje od Fundacji Batorego w ramach programu Memoria.

– Radość była wielka. Udało nam się wyremontować cmentarze grekokatolickie w Krecowie, Tyrawie Wołoskiej i w Rozpuciu, wsiach pod Sanokiem. Pracowaliśmy od rana do wieczora, nie patrzyliśmy pogodę – opowiada. Nawiązała kontakt ze Stowarzyszeniem Jeden Świat z Poznania. Zapytali, czy mogliby się zaangażować, przywieźć wolontariuszy.

Do tej pory udało się oczyścić, zinwentaryzować i wyremontować 16 cmentarzy, udokumentować stan 15 zrujnowanych cerkwi, wykonać szereg szkoleń i warsztatów, w obozach SDMK do tej pory wzięło udział 230 wolontariuszy.

– Wiele osób, które do nas przyjeżdża, ma artystyczne zainteresowania. Są po szkołach plastycznych. Zastają stan dramatyczny obiektu, wyjeżdżają dumni z siebie, zafascynowani swoją pracą, tym, że mogą zrobić coś tak prostego i wielkiego zarazem – podkreśla.

Obozy organizowane są w lecie. – Mam wtedy przerwę semestralną. Od dwóch lat organizuje je także w przerwie majowej – mówi. Bo na co dzień pracuje w Zakładzie Filozofii, Etyki, Socjologii Politechniki Krakowskiej. Z wykształcenia jest filozofem. Uczy studentów, którzy w przyszłości chcą być inżynieriami, kwestii humanistycznych. Kursuje więc między Krakowem, gdzie pracuje, a Zagórzem, gdzie ma rodzinny dom i jako prezeska prowadzi stowarzyszenie.

Pracy jest ogrom. – Remontujemy cmentarze, inwentaryzujemy cerkwie, pochłania to duże pieniądze; długa droga urzędnicza, przekonywanie władz, przeprowadzenie obozów, rozliczenie finansowe – wymienia. – Sama bardzo dużo musiałam się nauczyć.

Dlaczego to robi

Jej przodkowie należą do ukraińskiej grupy etnicznej Rusinów zamieszkujących Ziemię Sanocką. Mama pochodzi z Łazek, przysiółka Tyrawy Wołoskiej – wsi, w której wszystko się zaczęło. – Zaczęłam zdawać sobie sprawę ze swojego pochodzenia – opowiada. – Napisałam do Waltera Maksymowicza z portalu www.lemko.org. Odpisał, że zna pewnego człowieka, pochodzącego z Tyrawy Wołoskiej, który nazywa się Walter Zelwak. Skontaktowała się z nim, odpowiedział, że w tej miejscowości jest cmentarz, na którym pochowani są jego dziadkowie. Był na nim, i zaskoczony tym, jak wygląda, zapytał mnie, czy można coś z tym zrobić. Odpowiedziałam, że jestem na miejscu i popytam. Wykosiliśmy trawę, wygrodziliśmy linię cmentarza. Chciałam zrobić więcej. Pomyślałam, że osoby wysiedlone podczas Akcji Wisła (akcja przesiedlenia ludności pochodzenia ukraińskiego i łemkowskiego z terenów Polski południowo-wschodniej głównie na tzw. Ziemie Odzyskane II wojny światowej), która miała miejsce w kilka lat po zakończeniu, chciałyby nawiązać nić porozumienia ze swoją ojcowizną. Dałam ogłoszenie w „Naszym Słowie”, ukraińskiej gazecie.

28 czerwca 2005 r. – taki jest wpis do KRS. Powstaje Stowarzyszenie Dziedzictwo Mniejszości Karpackich.

– Mieszkało tutaj kilka grup etnicznych, kilka grup narodowościowych, o ciekawej kulturze. Chcę, żeby świadomość o tym, nie ginęła. PRL tę rzeczywistość niszczył, wszystkich trzeba było zrównać. Teraz do etniczności należy wrócić, przypomnieć, że nawet tutaj – w naszych małych wsiach - świat jest bardzo różnorodny, a dzięki temu bogaty i niebanalny – zaznacza.

Nawiązała kontakt z opiekunem Koła Naukowego Budownictwa Wydziału Architektury, dr. hab. Janem Kurkiem. – Wspólnie inwentaryzujemy cerkwie. W ten sposób studenci m.in. „odrabiają” swoje praktyki. Bardzo chcą przyjeżdżać na te obozy: przyjechać w piękne tereny Bieszczadów, Beskidów i Pogórzy i robić coś, co jest szczególnie ważne, wartościowe i ponadczasowe. Być może tych obiektów nie da się już uratować, ale pozostanie po nich dokument dokładnie rejestrujący ich stylistykę i konstrukcję, zostaną narysowane, w ten sposób przetrwają. Tak tworzy się baza wiedzy o kulturze – zaznacza.

Największy sukces

– Pozytywny odzew, z jakim spotkała się moja organizacja, w życiu publicznym – mówi zdecydowanie. – Na początku miałam wrażenie, że organizacja, którą tworzymy, będzie odbierana jako zagrożenie, że może pogłębiać konflikt i mit powracającego rezuna, który chce coś odebrać. A okazało się, że jest odwrotnie: ludzie czekają, żeby w ich otoczeniu coś się działo, żeby pojawili się ludzie zatroskani o lokalność, o wspólne dziedzictwo

Pokutuje takie przekonanie pielęgnujące postawy „świętego spokoju”, zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej, że lepiej w tej sferze rusko-ukraińskiej nic nie ruszać, ponieważ to jest świat, o którym lepiej zapomnieć, który odszedł, może był ciekawy, ale spotkało nas nieszczęście –  Akcja Wisła, i lepiej do tego nie wracać. Tymczasem okazało się, że ludzie na ogół myślą zupełnie odwrotnie .

– Ważne jest to, że gdy nas zabraknie, to ci, którzy przyjdą po nas, zobaczą jeszcze istniejące cerkwie i w ten sposób, na rzeczywistych przykładach będą mogli uczyć się tolerancji – dodaje.

Największa porażka

To, że nie umie „oddawać pracy”. – Mam fałszywe przekonanie – śmieje się – że jeśli sama wszystkiego nie zrobię, to nie będzie to zrobione dobrze. Jestem osobą, która z natury jest bardzo ciekawa i życia i świata i lubię być tu i tam. Mam mnóstwo pomysłów na temat tego, co moglibyśmy robić, jak coś mogłoby wyglądać. Kreatywność, która jest nadkreatywnością, bywa niebezpieczna. Tymczasem trzeba oddzielać sferę mentalną od realnej. Często inni myślą, że rzucam się z motyką na słońce, a wielkim zaskoczeniem jest to, że to mi się udaje. Oczywiście tak można działać indywidualnie, ale grupowo działania muszą być stopniowe. Inaczej buduje się trwałą organizację, bo taka struktura to przede wszystkim umiejętne zarządzanie zasobem ludzkim, umiejętnościami, bogactwem, które ludzie przynoszą ze sobą – tłumaczy.

Co lubi

– Sernik i piernik – śmieje się.

Lubi ruch, stagnacja ją męczy, wręcz wprowadza w depresję. – Muszę funkcjonować między ludźmi, ale też lubię samodzielną pracę wśród książek. Jeśli mam być twórcza w sferze naukowej, muszę umieć się odseparować – zaznacza.

Lubi to, że jest ciekawa świata. – Kiedy wracałam z podstawówki do domu, lubiłam przejść przez łąkę, zobaczyć, co się w lesie dzieje, przyjrzeć się, co robi dżdżownica, ot, zwykłe życie dziecka na wsi, karpackiej wsi – śmieje się.

I tego górskiego krajobrazu brakuje jej w Krakowie. – Lasów, rzek, zróżnicowania krajobrazu, które znam z dzieciństwa. Trudno mi się przyzwyczaić do miasta, szybkością tego, co dzieje się dookoła, nie jestem zainteresowana, to mnie przytłacza, tak samo jak szum informacyjny, który jest wokół – przyznaje. – Interesują mnie obrzeża, pogranicza rzeczywistości. Kultura wiejska i etniczna jest dla mnie niezwykle ciekawa. Miasto jest dla mnie zbyt chaotyczne, głośne sztucznym szumem, choć niewątpliwie żyje się w nim wygodniej, choćby z powodu sprawniejszej komunikacji.

Jej praca doktorska dotyczyła krytycznego spojrzenia na to, co dają nauki neurokognitywne w sferze umysłu: co współczesna neurologia, sztuczna inteligencja mówi na temat umysłu ludzkiego. – Sfera poznawcza jest dla mnie w pracy naukowej bardzo istotna – zaznacza. – Ostatnio interesuje mnie również historia lokalna. W czasach mojej edukacji podstawowej i średniej brakowało zajęć z historii lokalnej. Właściwie nadal ich nie ma w szkołach, chyba że zdarzy się nauczyciel pasjonat.

Plany na przyszłość

Zależy jej na rozwinięciu organizacji jako bytu niezależnego, czyli znalezienia i wyszkolenia grupy ludzi, którzy będę dobrze spełniać swoje zadania. – W tej chwili siedziba jest u mnie w domu, a powinna być na zewnątrz, gdzie pracuje sekretarka koordynująca pracą biurową. Teraz działamy trochę na zasadzie partyzanckiej, od projektu do projektu. Praca dzieje się w moim komputerze między Krakowem, a domem w Zagórzu – przyznaje.

Marzy jej się wyremontowanie i zachowanie pamięci o wszystkich cmentarzach w Bieszczadach, na Pogórzu Przemyskim, w Górach Słonnych, Pogórzu Bukowskim aż po Beskid Niski. – Z szematyzmów, które cerkiew grekokatolicka prowadziła do 1947 roku, wynika, że cmentarzy było ponad 1,5 tys. Zatem sprawa jest niełatwa. Trzeba też wrócić za 30 lat na ten cmentarz i sprawdzić, jakie są nowe ubytki – wylicza.

– Zależy nam na przewartościowaniu złej przeszłości, narosłych konfliktów narodowościowych i etnicznych, przekuciu i odrzuceniu wielu krzywdzących stereotypów, których powodem były: nieodpowiedzialna polityka, ignorowanie i deptanie ludzkiej godności, społecznych potrzeb, ogólnie brak zainteresowania innym człowiekiem i jego światem, fałszywe przekonanie, że spokój społeczny to jednorodność kulturowa – kontynuuje.  

Na Podkarpaciu, pierwotnie wieloetnicznym i wielonarodowym, według statystyk, jest jeden z największych w Polsce poziomów braku tolerancji dla innych kultur. – Trzeba to zmienić – deklaruje.

Dr Ewa Bryła, adiunkt naukowo-dydaktyczny w Zakładzie Filozofii, Etyki i Socjologii Instytutu Ekonomii, Socjologii i Filozofii Politechniki Krakowskiej im. T. Kościuszki. Prezeska Stowarzyszenia Dziedzictwo Mniejszości Karpackich.

Źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • uratować co jeszcze można.. ~ 13.04.2011, 10:00 Wielkie brawa dla takich ludzi:-) Ps. Do Szymon; To nie tekst o maguryczu... Pokory...skromnośći....bez autoreklamy... To smutne...że trzeba to ciągle podkreślać... ODPOWIEDZ
  • do: Szymon ~:) 21.03.2011, 06:26 http://www.davidbowieisverydisappointedinyou.com/images/bowie.gif ODPOWIEDZ
  • SDMK... ~Szymon Modrzejewski 16.03.2011, 03:33 Niezmiernie cieszę się, że SDMK działa. Trochę jednak smutno, że nie znalazła się w tekście żadna informacja o Stowarzyszeniu Magurycz, z którego ponad 20-letnich doświadczeń i pomocy korzystało SDMK przez dobre trzy lata. Prowadziliśmy (czy jak kto woli: kierowaliśmy) prace SDMK na większości cmentarzy (ucząc i pracując), które znalazły się w polu zainteresowania tegoż stowarzyszenia i - wedle słów Pani Ewy - nie doszło by do tych prac bez nas. Bardzo mi miło, że kolejne stowarzyszenie wciągnęliśmy w ochronę wspólnego dziedzictwa. Życzę powodzenia. Szymon Modrzejewski Magurycz ODPOWIEDZ
  • Super kobieta! ~ 16.03.2011, 01:25 ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywność lokalna
  • historia
  • mniejszości narodowe i etniczne
  • tradycja
  • wielokulturowość