Przejdź do treści głównej

Przemysław Prasnowski: W Poznaniu liczy się głównie kultura fizyczna

autor(ka): Marta Jasińska
2010-12-29, 14:22
archiwalne
Z Przemysławem Prasnowskim, od 2005 roku kierującym autorską inicjatywą Barak Kultury, wcześniej związanym przez piętnaście lat z Teatrem Stefa Ciszy, laureatem Wyróżnienia im. Radlińskiej, rozmawia Marta Jasińska ze Stowarzyszenia CAL.

 – Spotykamy się w Warszawie, wracasz z Białegostoku, za chwilę jedziesz z powrotem do Poznania, gdzie działasz, mieszkasz, żyjesz. Często jesteś w stolicy? Nie myślałeś o tym, by się przenieść? Nie byłoby łatwiej?

– W Warszawie jest mnóstwo rzeczy do załatwienia. To miasto, w którym można spotkać wielu ciekawych, fajnych ludzi. Ale w Poznaniu się już trochę zakorzeniłem i jesteśmy tam, jako fundacja, rozpoznawalni. Trzeba jednak przyznać, że zaczynają nas już kojarzyć w całej Polsce. Niestety problemem jest siedziba. Dotychczas korzystaliśmy z baraku, który jest miejscem Teatru Strefa Ciszy. Jego stan techniczny nie pozwala nam już robić tego, co byśmy chcieli. Ja też powoli kończę moją współprace z grupą. Obecnie wynajmujemy biuro w poznańskim Centrum Kultury Zamek. Chciałbym jednak znaleźć fundacji nowe, bardziej przestrzenne miejsce. Myślę, że początek roku spożytkuję na to, by się trochę rozejrzeć. Bo teraz ciągle brakuje na to czasu. Koniec roku to okres, kiedy trzeba rozliczyć wszystkie wnioski i zacząć pisać następne. Na szczęście mam świetną ekipę, która bardzo mi pomaga. Znaleźć siedzibę to może nie problem, ale chodzi też o to, by potem wszystko sprawnie działało – finansowo i organizacyjnie. 
Jest szansa na to, by jakiś lokal udostępniło wam miasto?
– Miasto nie idzie na żadne ulgi, a nas nie stać na to, by wchodzić w komercyjny układ. To, jak Poznań podchodzi do kultury, najlepiej było widać podczas walki o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. W Poznaniu liczy się głównie kultura fizyczna. Lech Poznań - to priorytet władz. To niestety buduje jednostronny wizerunek. Szkoda, bo  bardzo silne jest u nas środowisko związane z nurtem teatrów alternatywnych. Nie wiem, czy w Polsce jest lepsze miejsce pod tym względem. To jest ogromny potencjał, który miasto mogłoby wykorzystać. W Poznaniu nie ma zupełnie relacji: Urząd Miasta – organizacje pozarządowe. Nikt się z nami nie konsultuje. Nikt się z nami nie liczy. A myślę, że rozsądną polityką byłoby wydobywanie tych najfajniejszych rzeczy i pokazywanie ich  Polsce i światu.
Ktoś próbował z tym coś zrobić?
– Po aferze z Europejską Stolicą Kultury został powołany Sztab Antykryzysowy, który ma zintegrować środowisko i zastanowić się, co dalej. To inicjatywa, która ma wyprostować relacje NGO z władzami. Ma wytłumaczyć miastu, że powinno mu zależeć. Póki co, organizatorzy sztabu wzięli duży rozpęd, ale trudno powiedzieć na ile ich działania będą skuteczne.
Organizacje pozarządowe w Poznaniu trzymają mocno ze sobą?
– Współpracuję z kilkoma organizacjami pozarządowymi i nie mam powodów do narzekań.  Mamy wielu profesjonalnych animatorów kultury, którzy robią sporo dobrych, ciekawych rzeczy. Ale nikt nie może działać w próżni finansowej. By ich inicjatywy się rozwijały, by nie zatrzymały się na poziomie dobrych chęci i pomysłów, muszą być finansowane. Zależy nam na tym, by tak dobrze, jak współpraca między nami, układała się też współpraca z urzędnikami.
Oficjalnie kończysz po piętnastu latach współpracę z Teatrem Strefa Ciszy. Skąd taka decyzja?
– Rozwinąłem się aktorsko i czuję się spełniony w teatrze. Ponadto mam czterdziechę na karku i chciałbym jeszcze dotykać nowych rzeczy. Barak Kultury pozwolił mi bardzo płynnie, bez żadnych dużych emocji, odejść z teatru. Nie zawsze się to tak harmonijnie udaje. Bo po piętnastu latach to jest straszne uzależnienie. Mentalnie i fizycznie człowiek jest związany  z rytmem grupy. Jak zmienia opcję to zwyczajnie ciężko mu się odnaleźć. Ale teatr zostanie. Tylko w nieco innej formule. Teraz mamy taką nową inicjatywę Ba-Ku Teatr. Zrobiliśmy w ramach tego kilka projektów. W przyszłym roku szykujemy dużą premierę, która będzie koprodukcją Ba-Ku Teatru z Teatrem Kana ze Szczecina. To najbliższe moje plany artystyczne. Kończę już pracę nad scenariuszem, zaczynamy próby. Z Barakiem otwieramy nowe projekty, nowy sezon.
W Baraku Kultury dotykacie różnych tematów. Macie wykłady polifoniczne, Dni Kultury Prawosławnej, Salon w Różach, kiedyś Pan Mickiewicz, Miasto Zdarzeń -  co łączy te wszystkie działania.
– Ludzie. To jest największy kapitał Baraku Kultury. To osoby z różnych dziedzin i o różnych poglądach. Spaja nas idea polifoniczności, tolerancji i dialogu. Przyjęliśmy też założenie, że musi być dobra atmosfera. I jeśli coś zaczyna zgrzytać, to próbujemy to wyjaśnić. Jeśli nie ma dialogu i zgody na pewne rzeczy, które powinniśmy sobie ustalić i zaakceptować, to musimy się rozstać. To nie są łatwe decyzje. Ale nie ma sensu robić czegoś na siłę. Jeśli ktoś czuje się źle w atmosferze Baraku Kultury, to nie ma sensu ciągnąć tego dalej. Na szczęście to są rzadkie przypadki. Ale one są. Nie ma co tworzyć utopii. Zawsze uważałem, że tutaj musi być powietrze i że ludzie mają się rozwijać. Jeśli przestają się rozwijać , nasze inicjatywy nie prowadzą ich tam, gdzie chcieliby iść,  to nie ma sensu robić niczego na siłę. Oni mają swoją drogę. Spotkaliśmy się na tej drodze ale nie ma żadnych przeciwwskazań, byśmy się rozeszli i poszli w różnych kierunkach. Podstawowy zespół fundacji to trzy osoby: Ela Pabich, Maciej Kijko i ja. Jesteśmy  trzonem, od którego odchodzi mnóstwo innych – wolontariuszy, współpracowników, przyjaciół, którzy wspierają nas swoim myśleniem.
W Baraku Kultury stawiamy też na pewien profesjonalizm. Mamy świadomość tego, że  promocja i marketing muszą być na odpowiednim poziomie. Dbamy o to. Przy tym staramy się myśleć niezależnie. Nie tylko, ile możemy na tym zarobić, ale czy nas to pociąga, czy nas to w twórczy sposób stymuluje. Podchodzimy do animacji kultury, jak do twórczości artystycznej. Spaja naszą pracę duch kreacji, która jest dla nas najważniejsza. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś prócz rad programowych, które są przy konkretnych projektach, mówił co i jak mamy robić. Bo na przykład możemy na tym więcej zarobić, lepiej to sprzedać.
Od teatru do animacji. Czego nauczyła cię praca w zespole aktorskim, czym jest dla ciebie teatr?
– Nauczyłem się tam przede wszystkim pracowitości. Z czasem dojrzałem do tego, że bez solidnej pracy nie będzie efektu. Chodzi mi o pracę fizyczną i granie w otwartej przestrzeni. W tradycyjnym teatrze czuję się źle. Podział na scenę i widownię jest dla mnie niedopuszczalny. Nie akceptuję tego. Oczywiście są świetne spektakle, na których o tym zapominam. Ale przestrzeń konwencjonalnego teatru jest czymś, w czym się nie odnajduję. Wyrosłem z teatru, który narodził się po wszystkich tych reformach teatralnych, o których z resztą się już teraz nie pamięta. Takie postaci jak Grotowski odeszły w niepamięć. I przywołuje się je tak naprawdę przy okazji jakiś rocznic. Ja wyrosłem z myślenia o przestrzeni teatralnej, jako nawiązującej w jakimś stopniu do przestrzeni teatru greckiego. Myślę tutaj o Dionizjach, gdzie teatr był jakimś wspólnotowym przeżyciem, rytuałem, a granica widownia – scena zabija tę spójność. Dla mnie to jest sztuczny podział, który nie pozwala mi poczuć widza i przeżyć z nim czegoś wspólnego.
Wychowałeś się na wsi. Wracasz tam czasami? Robisz coś z ludźmi stamtąd?
– Pochodzę ze wsi Gałęzewo. Tam są moje korzenie. Potem było Gniezno – dłuższy przystanek dla mojej rodziny. I potem Poznań. To są trzy najważniejsze, jeśli chodzi o moją przestrzeń życiową, miejsca. W nich wszystkich jeszcze bywam i czerpię z nich energię. Jak wracam pamięcią na tę wieś, jak pomyślę o tym miejscu, to robi mi się lepiej, daje mi to kopa. I przy okazji Baraku Kultury to wychodzi – bezpretensjonalność i nakierowanie na ludzi. Oczywiście wieś, jaką pamiętam, jest inna niż teraz. Wtedy wszyscy się znali, rozmawiali ze sobą, nie było TV. Wyrosłem w atmosferze dialogu. Dlatego wiem, że trzeba się spotykać i rozmawiać. A najcenniejsze są chwile, kiedy można się spotkać przy jednym stole i po prostu być razem.
W ubiegłym roku otrzymałeś od Stowarzyszenia CAL i Krajowego Ośrodka Europejskiego Funduszu Społecznego  Wyróżnienie im. Radlińskiej, przyznawane dla najlepszych polskich animatorów społecznych. Czy jest to dla Ciebie w jakiś sposób istotne?
– Takie nagrody są bardzo cenne. Bo za moją pracę jedyną formą nagrody jest właśnie docenienie tego, co robię. Ta nagroda, podkreślam to zawsze, to wyróżnienie dla całej Fundacji. Dla wszystkich tych, którzy dołożyli nawet najskromniejszy kamyczek do tego wielkiego, w mojej skali, przedsięwzięcia. Przyznam, że jestem bardzo zadowolony z tego, jak to się rozwinęło na przestrzeni lat. To jest coś, co pozwala mi podtrzymywać twórczą energię w życiu. Daje mi szansę poszukiwania nowych rzeczy, spotykania nowych ludzi. Barak Kultury otworzył dla mnie fantastyczną przestrzeń spotkania z ludźmi. Tego nie da się kupić. To, jak ludzie potrafią zainspirować, jest niepodważalną wartością. Te najprostsze rzeczy, na poziomie spotkań. Ludzie, którzy mają swoją aurę i potrafią nią zarażać. To wszystko jest bardzo ważne. A docenienie naszej działalności zawsze stymuluje dalej.
W tym roku będziesz w kapitule Konkursu dla Animatorów Społecznych. Jak myślisz, na o będziesz zwracać uwagę, co jest dla ciebie najważniejsze w animacji społeczno-kulturalnej?
– Obawiam się zawsze odpowiedzi na takie pytania. Lubię być zaskakiwany. Żyję tak naprawdę tym, co mam na wyciągnięcie ręki. Mam oczywiście idee i marzenia, ale w ciągu dnia o tym zapominam. Inspirują mnie rzeczy, które zdarzają się tu i teraz. Czerpię z życia energię. Najważniejsza jest dla mnie, jak już kiedyś powiedziałem, droga i niespodzianki, które mogą zaskakiwać i tworzyć świeżość spojrzenia. Dlatego pozostanę przy tym, że lubię być zaskakiwany.
Były na tej drodze momenty, w których chciałeś zupełnie zmienić kierunek?
– Bywają trudne momenty. Wspiera mnie moja żona. Poznałem ją dzięki Barakowi Kultury. Była wtedy dziennikarką Gazety Wyborczej i zaczęła przychodzić na nasze spotkania. Michalina bardzo pomaga w fundacji. Dzięki niej Barak Kultury świetnie działa promocyjnie. Ale też merytorycznie. Bo ona potrafi wyczuć każdy fałsz i nie znosi pozerstwa, na które ja też jestem uczulony. To najważniejsza osoba w moim życiu. I jej obecność powoduje, że wiem, że ta droga jest słuszna. Gdybym z niej zszedł, to straciłbym szacunek jej i innych bliskich mi ludzi. Jeśli przez tyle lat stworzyłem sobie drogę niezależnej aktywności, to mogłoby się dla mnie źle skończyć, gdybym z niej zszedł. I jeżeli Ci wszyscy ludzie, których mam wokół, chcą wciąż ze mną pracować, i jest to szczere - to mi mówi, że jestem jednak na dobrej drodze.  Oczywiście trzeba szukać cały czas nowych ścieżek, ale kierunek tej głównej drogi, jak to mówili w starym systemie, jest słuszny.
***
Trwa piąta edycja Konkursu dla Animatorów Społecznych. Zgłoszenia przyjmowane są do 7 stycznia. Przeczytaj więcej >>

 

Wydarzenie objęte patronatem medialnym portalu organizacji pozarządowych www.ngo.pl.

Źródło: Stowarzyszenie CAL
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywność lokalna
  • kultura