Przejdź do treści głównej

Ludzie sektora: Bogusław Stanisławski

autor(ka): Adrian Kubicki
2010-12-10, 06:44
archiwalne
Bogusław Stanisławski
Mimo że od lat ma licencję na "niczym-się-nie-zajmowanie", chętnie dzieli się swymi doświadczeniami w upominaniu się o prawa człowieka w Tybecie, w kształtowaniu społeczeństwa obywatelskiego w krajach południowego Kaukazu, a na rodzimym gruncie w przeciwstawianiu się ksenofobii i innym upiorom narodowej przeszłości. Przedstawiamy Bogusława Stanisławskiego, współzałożyciela polskiego oddziału Amnesty International.

Bogusław Stanisławski: – Intryguje mnie, dlaczego na mnie padło, żeby znaleźć się wśród „ludzi sektora”? Czy nie szkoda miejsca na relikty przeszłości wobec tysięcy młodych, dynamicznych, ofiarnych osób, których kreatywna działalność w popychaniu świata do przodu, w stawianiu czoła nie byle jakim wyzwaniom współczesności wprost krzyczy o danie satysfakcji? Że była kiedyś „Sentymentalna Panna S”, Komitety Obywatelskie, historyczne Wybory, które zmieniły rzeczywistość (to prawda, dzień od nocy mało się wtedy różnił), że przyszło później mozolne budowanie struktur Amnesty International, a mówiąc prościej – przebijanie się wówczas, w klimacie narodowej euforii, ale i głębokich rozczarowań, z egzotycznym konceptem uniwersalnych praw człowieka? To prawda, ale to wszystko jest już passé, stało się domeną historyka. Stąd i obawa, że do pięknych sylwetek, stanowiących dziś „ludzi sektora”, ani rusz nie pasuję.

Czym się Pan obecnie zajmuje?

B.S.: – No właśnie, kłopot już na wstępie, bo od lat mam licencję na „niczym-się-nie- zajmowanie” (zwaną emeryturą, w którą wskoczyłem jak najwcześniej, żeby zyskać czas na robotę dla Amnesty). Teraz wypada powtórzyć za starożytnym mędrcem panta rhei: przeminęła w moim życiu „Panna S”, przeminęła i „Amnesty” - ale przecież nie do końca, tylko instytucjonalnie! Pozostało jakieś doświadczenie organizacyjne, jednak przede wszystkim wielki etos, precyzyjnie uporządkowana hierarchia wartości, bo były to dla mnie kolejne uniwersytety, być może ważniejsze niż ta pierwsza alma mater na Krakowskim Przedmieściu. Coś trzeba było z tym zrobić – zatrzymać to tylko dla siebie, żeby cieszyć się świadomością tego bogactwa byłoby szczytem egoizmu. Nie ukrywałem więc w środowisku „ludzi sektora”, że ten „towar”, ten kapitał jest do wzięcia, jeśli by się znaleźli chętni. No, i z satysfakcją stwierdzam, że chętni wciąż się na mojej drodze pojawiają i pozwalają dzielić się tym, na co mnie jeszcze stać: a to w obszarze upominania się o prawa człowieka w Chinach, w szczególności może w Tybecie, w dorzucaniu kamuszka na rzecz kształtowania świadomości społeczeństwa obywatelskiego w fascynujących krajach południowego Kaukazu, ale również i tam, gdzie na rodzimym gruncie trzeba zaprotestować – sięgając do pamięci starego człowieka pamiętającego czasy pogrzebu Marszałka (1935!) – przeciwko ksenofobii i innym upiorom narodowej przeszłości, przeciwko łapom podnoszonym na ulicach Warszawy w geście „hail und sieg” w dniu Święta Niepodległości. Jest tych obszarów więcej, nie o to chyba jednak chodzi, żeby je precyzyjnie wyliczać. A konkretnie, instytucjonalnie – przewodniczę Radzie Fundacji Inna Przestrzeń, idącej jak burza do przodu w działaniach na rzecz tolerancji i oswajania rodaków z multikulturowością, współdziałam z kilkoma innymi stowarzyszeniami, stawiającymi sobie za cel społeczną edukację, a ostatnio współinicjuję powołanie lokalnego stowarzyszenia mieszkańców mego podwarszawskiego osiedla po to, żeby może mniej rościć, a zrobić dla dobra wspólnego coś razem.

Wspaniały „trzeci wiek” daje przywilej pozostawania pełnym dysponentem swojego czasu, jest więc też czas na ogród i nie chodzi w nim tyle o ładne kwietne rabatki, kultywowane przez moją żonę, a o spostrzeżenie potęgi natury i harmonii świata – jakże cenne doświadczenie w działaniach społecznych, do niedawna zupełnie mi obce. I jeszcze jedno: nowa pasja rozbudzona w zaawansowanej już mojej siedemdziesiątce – galop na końskim grzbiecie, nie mówiąc już o wiążących się z tym nowych przyjaźniach.

Dlaczego poświęcił się Pan działalności w trzecim sektorze?

B.S.: – Bardzo proszę, żadne tam „poświęcił”. Jestem chodzącym jeszcze po tej ziemi świadkiem co najmniej trzech minionych epok, bo można byłoby doliczyć się ich więcej. W niektórych z nich wybory były oczywiste, w innych – trudne. Nie wszystkie moje wybory z przeszłości oceniam dzisiaj jako słuszne, choć podejmowane w najlepszej wierze. Na jakimś etapie objawieniem był etos „Solidarności” – niezbywalne prawo jednostki do uznania jej pełnej podmiotowości, integralności, tożsamości; stanowcze „nie” dla wszelkiej przemocy, dążność do kompromisu z rezultatem „win – win”. Traktuję jako dobre zrządzenie losu – najlepszy dar, jaki ów los mógł mi przenieść – że ten etos dostrzegłem. I po prostu poszedłem za jego ciosem. Nie traktuję więc tego jako poświęcenie, a jako przywilej, którym zostałem sowicie obdarowany. I tak to już się toczy od trzech dekad i bardzo jestem szczęśliwy, że tak to wyszło.

Co uważa Pan za swój największy sukces?

B.S.: – Podobno nie ma trudnych pytań, są tylko trudne odpowiedzi. W tym przypadku trudność polega na tym, że spośród dziesiątków tkwiących w pamięci wydarzeń i doświadczeń trzeba wybrać tylko to jedno „naj”. Zamykam więc oczy i wsłuchuję się w to, co mi dusza śpiewa. A śpiewa mi ona, że to „naj” – to akceptacja wiekowego człowieka przez ludzi młodych, pokoleniowo – wnuków, przynależnych do innej epoki, ukształtowanych przez inną rzeczywistość (mam nadzieję, że nie ulegam pysze i postrzegam to prawdziwie). Akceptacja zarówno w działaniu, jak – co ważne – w wymianie myśli. Często się sprzeczamy, ale żeby się sprzeczać uważnie słuchając argumentów drugiej strony – coś wspólnego musi jednak tkwić u podstaw. Znakomicie wyraziła to moja młoda przyjaciółka, kiedy minionego lata, o brzasku dnia, wciąż jeszcze podnieceni gorącym dyskursem i wypitym winem, opuszczaliśmy dogasające ognisko: „… bo nam przecież na czymś zależy, bo nam wciąż o coś chodzi…”

Co uważa Pan za największą porażkę?

B.S.: – Największą porażką – tutaj tych „naj” może być wiele, bo mam na myśli zjawisko, niestety, powtarzalne – jest zawiedzenie pokładanej głębokiej wiary, tak w człowieka, jak w „instytucję”, która symbolizuje jakieś dobro wspólne, zespół szczególnych wartości. Na te porażki narażony jest, oczywiście, bardziej idealista niż pragmatyk, cóż jednak na to poradzę, że – przy zachowaniu elementarnego rozsądku – bliższa mi jest postawa naiwnego idealisty niż poddającego wszystko w wątpliwość sceptyka. Choć niejednokrotnie smakowałem gorycz porażki, jestem niezmiennie przekonany, że warto jest podejmować ryzyko „dobrej wiary”: łatwiej jest z nim żyć nie mówiąc już o tym, że w zdecydowanej większości przypadków okazuje się słusznym wyborem. Ażeby jednak jakiś konkret… Jedną z moich „naj” była przygoda z „Amnesty”, wielkim moim odkryciem, z którym związany byłem – zdawało mi się – „na śmierć i życie”. Przesłaniem, które było dla mnie fundamentalne, była neutralność tej organizacji w jej misji obrony praw człowieka – neutralność zarówno polityczna, jak światopoglądowa. W pewnym momencie jej neutralność światopoglądowa przestała być oczywista i zupełnie nie chodziło o zasygnalizowaną preferencję, a jakby o utratę w tej mierze dziewictwa. Nie mogłem się z tym pogodzić; rozstanie przeżyłem bardzo boleśnie, choć żywię niezmienny szacunek do dalszej działalności AI i czuję się związany z jej korzeniami.

– Najbardziej lubi Pan…

B.S.: – Zachód słońca nad jeziorem w pogodne letnie popołudnie… „Requiem” Mozarta, a szczególnie fragment tego utworu znany jako „Lacrimosa”…Ten niepowtarzalny klimat ogniska, kiedy słychać gitarę, a ludzie wpatrzeni są w ogień i jakoś szczególnie sobie bliscy…

– Jakie są Pańskie marzenia

B.S.: – Nowoczesna, równomiernie rozwijająca się Polska, silna swoją pozycją w Europie, mająca odwagę wspierania aspiracji jej przyjaciół – narodów dążących do pełnej suwerenności i występowania w obronie praw człowieka wszędzie na świecie... Wszelka pomyślność mojego syna, bardzo kochanej synowej, a jeszcze bardziej – mojej maleńkiej wnuczki… 

 

Bogusław Stanisławski – anglista, działacz na rzecz praw człowieka. Współtwórca ruchu Amnesty International w Polsce, prezes Stowarzyszenia Amnesty International w Polsce w latach 1999-2001. W latach 80. działacz opozycji demokratycznej. Obecnie przewodniczący Rady Fundacji Inna Przestrzeń.

LOGO

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • [+] Rozwiń komentarz sprostowanie ~Bogusław Stanisławski 10.12.2010, 03:48 Hallo, tu Bogusław: klikam w "komentarz", żeby istotną rzecz we wprowadzeniu do rozmowy ze mną sprostować.Bo fatalne nadużycie wkradło się w przedstawieniu mnie jako "założyciela polskiego oddziału Amnesty International": było nas więcej i z nostalgią wspominam ten czas, kiedy spontanicznie skrzykiwaliśmy się na przełomie '89 - '90 powodowani żarliwą myślą zainicjowania w Polsce ruchu AI po to, żeby rozpocząć spłacanie długu wobec obrońców praw człowieka na całym świecie, jaki zaciągnęliśmy w latach 80-tych, kiedy polscy więźniowie sumienia znajdowali cenne wsparcie w każdym niemal zakątku świata. W Warszawie byli to - obok mnie - Iwona Jakubowska, Ewa Tomaszewska, Andrzej Dominiczak; w Gdańsku - Małgosia Tarasiewicz, Ania Legan, Gosia Gorczewska, Maciek Nawrot, last but not least - Roma Orlikowska-Wrońska; w Toruniu - Marek Bernacik, Małgosia Piwowarska. To prawda, w miarę upływu czasu rozbiegaliśmy się, wielu z tych wspaniałych ludzi przeszło"do innych zajęć", równie ważnych. W Warszawie pozostałem z gronem moich wówczas studentów SGPiS (jeszcze nie SGH)i udało nam się tu stworzyć silne - jak na ówczesne uwarunkowania - środowisko młodziutkiej Amnesty. To jednak dzięki żarliwości i determinacji wszystkich tych wymienionych wyżej "wspaniałych" zaistniała w Polsce, już u zarania jej odzyskanego niepodległego bytu, polska struktura Amnesty International jako pierwsza w tej części "odzyskanej" Europy, co odnotowuję dzisiaj z wielką satysfakcją. No, a odnosząc się do opublikowanej ze mną rozmowy - nie sądziłem, że zyska tak eksponowane miejsce na NGO-skim portalu. Oczywiście, wielka to osobista satysfakcja i byłbym nie szczery, gdybym tego nie powiedział, ale rolę swoją spełni wtedy tylko, kiedy przekona choć jednego "surfera", który zajrzy na tę "stronę", że warto zaangażować się w działalność "trzeciego sektora", aby dorzucić swój kamuszek do wciąż oczekującego w naszym kraju na wsparcie społeczeństwa obywatelskiego, a w szczególności - do obrony wciąż dramatycznie łamanych na świecie fundamentalnych praw człowieka. Myślę sobie, że jest to jedno z podstawowych wyzwań naszych czasów. Życzę wszystkim miłego dnia: tego szczególnego - 62. (już) rocznicy uchwalenia najwspanialszego ONZ-owskiego dokumentu, Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. ODPOWIEDZ
  • proszę Pana! ~czytelniczka 10.12.2010, 10:01 jaki tam z Pana relikt przeszłości?! niech Pan sobie nie żartuje, Pan jest młody duchem tak, jak wielu młodych nie jest, gratulacje i powodzenia w życiu! ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • prawa człowieka