Przejdź do treści głównej

Ludzie sektora: Anna Zawadzka

autor(ka): Łukasz Wójcicki
2010-09-06, 02:42
archiwalne
Anna Zawadzka
Chociaż identyfikuje się jako feministka, nie czuje się już tak związana z ludźmi, którzy aktualnie reprezentują ten ruch w mediach. Nie potrafi rozdzielić swoich indywidualnych porażek i sukcesów od porażek i sukcesów ruchu feministycznego. Sukcesem jest, że feminizm wszedł do mainstreamu, ale porażką, że kosztem utraty swojego krytycyzmu. Rozmawiamy z Anną Zawadzką.

Czym się obecnie zajmuje?

Jestem w redakcji kwartalnika kulturalno-społecznego „Bez Dogmatu” i współtworzę lesbijsko-feministyczny magazyn „Furia”. Pracuję w „Archiwum Etnograficznym”, pracowni przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładam na ISNS-ie i sporadycznie na Gender Studies. Aktualnie głównie zajmuję się pisaniem do rozmaitych czasopism i portali. Prowadzę również bloga na portalu Lewica.pl „To łatwo – feminizm i światło!” oraz audycję feministyczną w radiu Tok Fm „Lepiej późno niż wcale”. Działam także w nieformalnej grupie „Boyówki feministyczne”. Oprócz zajęć na Gender Studies wszystkie wymienione rzeczy robię nieodpłatnie, co mnie wcale nie cieszy (śmiech). No i piszę doktorat, o czym powinnam była powiedzieć na początku, ale prawdomównie mówię na końcu (śmiech).

Dlaczego to robi?

Jest wiele płaszczyzn, na których trzeba by na to pytanie odpowiedzieć. Jedna związana jest z wychowaniem. W mojej rodzinie prawie nikt nie żył w zgodzie z dominującym wzorcem – rodzice byli rozwiedzeni, matka pracowała na budowie, ojciec już w latach 80. był astrologiem i joginem, starsza siostra od 15. roku życia była ni to hipiską, ni to punkówą, mama za jej namową prędko została wegetarianką, dziadek nigdy nie potrafił (a może nie chciał?) zadbać o dobra materialne rodziny itd. Dzięki temu wiedziałam, że to, co ogólnie przyjęte jako tzw. „normalne”, niekoniecznie musi być jedynie dobre, możliwe i słuszne. Przeciwnie: kontestować to, co myśli i robi większość, było w moim domu cenione. Zostałam nauczona, że trzeba być zawsze podejrzliwą wobec tego, co jest najbardziej powszechne i dominujące. No i chyba z tego wziął się mój krytyczny stosunek do świata, a także zaangażowanie w różne działania społeczno-polityczne. Można to nazwać „przewrażliwieniem”. Od dziecka byłam nieustannie nazywana osobą przewrażliwioną. To był negatywny epitet, bardzo nieprzyjemny. Ale w pewnym sensie to prawda. Widzę krzywdy tam, gdzie wiele osób widzi tylko normę. Czuję także obowiązek angażowania się przeciwko nim.

Druga płaszczyzna to możliwości. Aktualnie mam finansową i rodzinną możliwość poświęcać dużo czasu na nieodpłatne lub bardzo nisko płatne działania. To rodzaj przywileju, że nie muszę spędzać całego swojego czasu na pracy w miejscu, którego nie lubię, albo które nie daje mi satysfakcji – ani życiowej, ani finansowej. Ciągle towarzyszy mi strach, że ta idylla się skończy.

Trzecia to moje wykształcenie. Studia socjologiczne nauczyły mnie czerpać ogromną przyjemność z dociekania natury działania różnych społecznych mechanizmów - dlaczego ludzie się nawzajem wykluczają, dlaczego żyją w układach hierarchicznych, z powodu których cierpią, dlaczego tkwią w krzywdzących ich schematach itd. Z domu wyniosłam podziw dla ludzi – pisarek/rzy, naukowczyń/ów, dziennikarzy/rek - którzy potrafią coś dobrze opisać. A także ambicję, by samej umieć pewne rzeczy adekwatnie nazywać. Umieć je uchwycić, rozłożyć na części pierwsze, dzięki temu lepiej zrozumieć i przekazać to moje zrozumienie dalej. Niewątpliwie efektem tej ambicji „właściwego nazwania” jest to, że aktualnie głównie zajmuję się pisaniem. Wcześniej zajmowałam się bardziej działactwem ulicznym: brałam udział w organizowaniu Manif w Warszawie od początku ich istnienia. W latach 2000 – 2004 moimi głównymi działaniami były akcje feministyczne: demonstracje, pikiety, akcje ulotkowe, happeningi, organizowanie koncertów, festiwali, benefitów, spotkań itd.

Największy sukces

To są rzeczy, które z perspektywy czasu postrzegam jako sukces, a których tak nie postrzegałam w momencie, gdy się działy.

Demonstracja „Prawa człowieka prawami kobiet” 10 grudnia 2000 r., którą organizowałam z okazji Międzynarodowego Dnia Przeciwdziałania Przemocy Wobec Kobiet. Szykowałyśmy ją z anarchofeministkami i osobami z raczkujących wówczas warszawskich Gender Studies. W 2000 r. feminizm był postrzegany jako ruch sfrustrowanych, brzydkich babochłopów, lesb i wariatek. Na studiach uchodziłam za nudnego uparciucha, sztywniarę albo furiatkę, bo ciągle wytykałam komuś seksizm, na zajęciach o rodzinie mówiłam o przemocy, na historii idei o wojnie jako elemencie męskiego genderu, na analizie dyskursu o homofobii. Nie śmiałam się z połowy żartów i zrywałam plakaty zapraszające na Juwenalia, bo były na nich tzw. gołe baby. Co ciekawe, osoby, które wtedy się ze mnie nabijały, spotykam dziś na Manifach. Koniunktura dla feminizmu była radykalnie inna. Tamta demonstracja była internacjonalistyczna. Poruszyłyśmy wątki przemocy wobec kobiet na całym świecie. M.in. mówiłyśmy o sytuacji kobiet w Afganistanie pod rządami Talibów na długo przedtem, nim USA uderzyły w dyskurs obrony praw afgańskich kobiet, by w ten sposób cynicznie legitymizować wojnę, którą tam rozpętały. Tematem tym dużo wcześniej zajęły się dziewczyny z Emancypunx. Na bazie książki Waris Dirie „Kwiat pustyni” zrobiłyśmy happening o kastrowaniu kobiet w niektórych afrykańskich krajach tzw. „czarnego islamu”, gdzie pokutuje przekonanie, że seksualność kobiet jest niebezpieczna, groźna i szatańska, dlatego trzeba kobiety jej pozbawić. „Wysokie Obcasy” napisały o Dirie – i o kastrowaniu kobiet - pół roku temu, choć jej wstrząsająca książka jest na polskim rynku od 11 lat. To też pokazuje zmianę, jakiej dokonał tutaj feminizm. Mówiłyśmy o przemocy domowej w Polsce. Na trasie przemarszu robiłyśmy happeningi angażując w nie lokalne pomniki. Było to oczywiście nielegalne, więc powodowało spontaniczne działania z policją. Mam wrażenie, że później nie zrobiłyśmy już niczego w pewnym sensie tak bezkompromisowego, jak tamta demonstracja.

Drugim sukcesem było wydanie dwóch płyt przez feministyczny rapowy zespół Duldung, który założyłam i współtworzyłam. Wtedy uważałam, że te płyty nie są takie, jakbym chciała. Ale Duldung już się dawno skończył, a ja do dziś dostaję feedback od ludzi, że znają te płyty, pamiętają nasze koncerty, lubią nas posłuchać. To bardzo przyjemne: wiedzieć, że Duldung ciągle gdzieś żyje, chociaż my tego już dawno nie robimy.

Chyba mogę już powiedzieć, że moim sukcesem jest film „Żydokomuna”, który właśnie skończyłam robić. Próbuję w nim prześledzić historyczne losy tego stereotypu, pokazać, na czym został on zbudowany i jak działa. Realizacja filmu trwała 3 lata. Było to olbrzymie zadanie. Nie miałam pojęcia o jego rozmiarach, gdy się go podejmowałam. Tym bardziej, że nie jestem filmowczynią. Premiera w październiku. Będzie to dla mnie zwieńczenie długoletniego wysiłku. Zależy mi przede wszystkim na otwarciu tematu, na dyskusji. Zobaczymy.

Największa porażka

Tu mam problem podobny jak przy sukcesie, bo nie umiem rozdzielić swoich indywidualnych porażek od porażek ruchu feministycznego. W okresie 2000 – 2008 to było ewidentnie moje miejsce. Mimo, że cały czas identyfikuję się jako feministka, nie czuję się już tak związana z ludźmi, którzy aktualnie reprezentują ten ruch w mediach.

Uważam, że sukcesem i porażką zarazem są Manify. Sukcesem, że z Manif, na które przychodziło 300 osób, dziś przychodzi 3000. Porażką, że od kilku lat ta liczba się nie zwiększa.

Podobne odczucia mam wobec warszawskiego ruchu feministycznego. Sukcesem jest, że feminizm wszedł do mainstreamu, ale porażką, że kosztem utraty swojego krytycyzmu - niezbędnego do zachowania rewolucyjnego potencjału, jak również autokrytycyzmu wobec własnych poczynań. Na trasie pomiędzy radykalizmem feminizmu a feministycznym reformizmem, jest mi bliżej do tego pierwszego. Zdaję sobie sprawę, że jest to wygodna postawa „pięknoduchoska”. Z drugiej strony, to co według mnie najcenniejsze w feminizmie, to poszerzanie pola widzenia o spostrzeżenia i idee, które kiedyś wydawały się radykalne, a dzisiaj uważamy je za oczywiste. Być może tylko dzięki nieustannej ucieczce przed wygodną, mainstreamową kanapą, postęp – także na drodze równouprawnienia - jest w ogóle możliwy.

Porażką jest dla mnie fakt, że nasze Archiwum Etnograficzne, które pracuje przy Uniwersytecie Warszawskim, musi się samo finansować. Funkcjonujemy na zasadach organizacji pozarządowej, choć jesteśmy pracownią badawczą Uniwersytetu. Uważam, że to nie jest dobry trend. Same musimy zdobywać pieniądze, tracąc na to mnóstwo czasu i energii. Potrzebnej na robienie tego, na czym się znamy: badań. A nie pisania podań o pieniądze do grantodawców. Prowadzimy wieloletnie badania o pamięci o Żydach i Zagładzie na polskiej prowincji. Naszymi respondentami jest najstarsze pokolenie. Ono zwyczajnie umiera. A my nie mamy za co do nich pojechać. Ne mamy środków na badania terenowe. To wyścig z czasem, który przegrywamy przez struktury finansowania uczelni. Frustrujące doświadczenie.

Marzenia na przyszłość

Mam ich mnóstwo. Opowiem tylko o kilku.

Po pierwsze: napisać doktorat.

Marzy mi się, żeby różne grupy lewicowe potrafiły zjednoczyć się wokół jednego celu, jakim na przykład jest demonstracja antyfaszystowska. Innymi słowy, marzy mi się rodzaj jakiejś wspólnotowości. Jednocześnie wiem, że sama często nie potrafię konstruktywnie działać w grupie.

Marzy mi się, by w Warszawie powstało miejsce inne niż pomnik bohaterów getta, które przypominałoby o niedawnej obecności Żydów. Związane z miastem, a nie z wojną. Wpisane w miasto tętniące życiem, pełne ludzi, a nie w historię Zagłady. Brakuje mi znaku, że Żydzi byli warszawiakami, a nie jakąś osobną grupą ludzi wymordowanych przez Niemców. Chciałabym, żeby nie trzeba było jechać do getta, aby sobie o nich przypomnieć.

Marzy mi się – i to jest marzenie najbardziej nierealistyczne, a zarazem najważniejsze – żeby przemysł zwierzęcy został całkowicie zlikwidowany. Żeby zwierzęta przestały być zmuszane do rodzenia kolejnych zwierząt, podtrzymywane przy życiu w potwornych warunkach po to, by dawały mleko czy jajka, a potem zabijane. A to znaczy, że marzy mi się, by ludzie przestali jeść mięso i wykorzystywać do produkcji czegokolwiek, materiały pochodzące z ciał zwierząt. Marzę, żebyśmy się – jako ludzie – skonfrontowali z tym, jak niewyobrażalna jest skala cierpienia, które zadajemy zwierzętom. Nic dziwnego, że za wszelką cenę tej konfrontacji unikamy. A jednak marzę, by to nastąpiło – bo tylko wtedy jest szansa na zatrzymanie tego zbrodniczego przemysłu. No tak, ja chyba jednak wierzę w wiedzę.

 

Anna Zawadzka - socjolożka. Ukończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Szkołę Nauk Społecznych PAN. W latach 2004-2007 pracowała jako dziennikarka w "Gazecie Wyborczej". Publikowała także m.in. w "Res Publice Nowej", "Czasie Kultury", "Zadrze","Le Monde Diplomatique", „Recyklingu Idei”, „Sabatniku”. Współtwórczyni stowarzyszenia na rzecz prawa do legalnej i bezpiecznej aborcji „Same O Sobie”. Autorka zin’a "Leworęczna".

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywizacja zawodowa
  • kobiety
  • LGBT
  • media
  • prawa człowieka
  • równość
  • wegetarianizm
  • współpraca z uczelniami
  • zwierzęta