Przejdź do treści głównej

Marta Białek-Graczyk: Jestem Zosią Samosią [wywiad]

autor(ka): Adrian Kubicki
2010-07-02, 06:36
archiwalne
fot. archiwum stowarzyszenia ”ę”
Osiem lat temu wyjechała w Polskę, żeby animować mieszkańców małych miejscowości i wsi. Chociaż sama uważa, że każda miejscowość jest innym kosmosem, przyznaje, że wtedy jej akcje były niekiedy traktowane jak z kosmosu. Jej pierwsze biuro mieściło się pod biurkiem w dużym pokoju, dzisiaj jest prezeską stworzonego przez siebie Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”. Rozmawiamy z Martą Białek-Graczyk, która kilka dni temu otrzymała nagrodę Kryształek Zwierciadła, przyznaną przez czytelników miesięcznika Zwierciadło.

Podczas gali rozdania nagród Zwierciadła stałaś na scenie jako jedna ze zwycięzców plebiscytu, wśród wielu znakomitości. Poczułaś się w tamtym momencie spełniona?

Marta Białek-Graczyk: – Dla mnie to było oczywiście bardzo miłe doświadczenie. Ale ja to raczej rozpatruję w kategoriach fajnej okazji i szansy dla mojego stowarzyszenia i w ogóle dla tego typu działań, nie tylko dla „ę”. Pokazałam się w świecie, który na co dzień ich nie zna. To był bardzo miły moment. Myślę jednak, że poczucie spełnienia towarzyszy mi w innych chwilach, kiedy realizuję się w działaniu, kiedy widzę efekty swojej pracy. Ale satysfakcja oczywiście jest.
Przewidziałem, że od razu będziesz się zasłaniała Towarzystwem „ę”. Rozumiem, że to Twoje dziecko. Powiedz jednak, czy to nie jest trochę kokieteria? To ty dostałaś nagrodę, a nie Towarzystwo ani nikt inny ze stowarzyszenia.
– Wiesz, to się stało dlatego, że w Towarzystwie Inicjatyw Twórczych „ę” jestem od zawsze, że to ja je zakładałam. Wszystko to, co się dzieje w stowarzyszeniu, to są rzeczy, w których ja uczestniczę. Na sukces pracuje grupa ludzi, ja stałam się tylko twarzą tych naszych działań. Mam oczywiście wiele prywatnej satysfakcji, przekonania, że moja praca zostaje zauważona, że sprawdza się droga życiowa, którą wybrałam.
Spróbuję jeszcze inaczej...
(śmiech)
... Jakie cechy ma Marta Białek, które sprawiają, że w końcu trafia na podium? Ty i stowarzyszenie weszliście na dość trudną drogę, zajmujecie się często problemami, które są mało ciekawe społecznie.
– Mam oczy szeroko otwarte. Trzeba mieć umiejętność dostrzegania tego, co jest wokół, tego co się dzieje. Trzeba dostrzegać te rzeczy, które nie działają oraz problemy, które są tematami tabu, jak na przykład tematy wielokulturowe, którymi się zajmujemy, czy docieranie do grup, które nie są widoczne, typu seniorzy. Albo poruszanie miejsc, które do tej pory nie były poruszone, jak domy kultury. Mam taką zdolność wyłapywania punktów zapalnych w życiu społecznym. Z wykształcenia jestem socjologiem, mam więc pewną wrażliwość społeczną. Kolejna moja cecha i cecha innych osób z „ę” to autentyczność. Rzeczy, które robię, mnie kręcą. We mnie jest zawsze potrzeba tego, że ja się muszę zrealizować. Ja nie robię rzeczy, o których myślę, że powinnam je zrobić, że są potrzebne. Wrażliwość społeczna i ta zdolność wyłapywania punktów zapalnych musi się połączyć z moją własną pasją. Wtedy coś z tego wychodzi.
Zawsze robiłaś tylko to, co cię kręciło?
– Żaden projekt w „ę” nie został zrobiony dlatego, że trzeba było go zrobić, że warto było go zrobić. Zawsze wszystko wynika z tego, że ja czy ktoś inny, kto robi swój projekt, po prostu tego chce. Jedne projekty były bardziej udane, inne mniej, jedne pochłonęły więcej energii, inne mniej, ale zawsze na początku był pomysł i ogromna chęć zrobienia czegoś. Nigdy nie zaglądałam do programów grantowych po to, żeby później na ich podstawie zrobić projekt.
Lubisz określenie „społecznica”?
– Lubię.
W artykule na twój temat przeczytałem, że uznajesz je za trochę staroświeckie?
– Bo ono staroświeckie trochę jest. U nas jeszcze dochodzi to, że kojarzy się z dziedzictwem PRL-u, z pracą społeczną. To było widać w pracy z seniorami. Oni nie lubią tego określenia, bo im się kojarzy z trudnymi czasami. Ja nie mam tego obciążenia, to słowo dobrze oddaje to, co robię.
W którym momencie zaczęłaś być społecznicą? Prawie dekadę temu wyjechałaś w Polskę, żeby obejrzeć domy kultury i animować ludzi. Jakie przywiozłaś wrażenia?
– Stowarzyszenie założyliśmy z Piotrkiem Stasikiem. Zrobiliśmy bilans tego, co mamy w Warszawie: studia na prosperującej uczelni, perspektywy, szeroki horyzont. Pojawiła się w nas potrzeba podzielenia się tym.
Chcieliście przekleić ten horyzont, sposób myślenia?
– Tak, mieliśmy poczucie, że trochę dobrych rzeczy nam się tutaj dostało. Fajnie się tym podzielić i przy okazji spróbować siebie, przetestować swoje pomysły, marzenia. Mieliśmy szansę wyżyć się i dać upust swojej kreatywności. Wyruszyliśmy więc w Polskę. Na początku byliśmy takim nomadycznym stowarzyszeniem z biurem w pks-ie.
Czy wtedy na tej prowincji osiem lat temu zderzyłaś się ze ścianą? O takich akcjach, jak wasze, nikt tam przecież wtedy nie słyszał.
– Każda miejscowość była i jest innym kosmosem. W każdym mieście działa się inna historia. Czasem wszystko szło szybko i sprawnie. Na Podkarpaciu na przykład po trzech minutach rozmowy dostaliśmy klucze do szkoły, w której spaliśmy i robiliśmy warsztaty dla dzieciaków przez całe wakacje. Cała wieś tym żyła, dzieci przyprowadzały dziadków i rodziców. Czasem zdarzały się smutne wsie na Mazowszu, w których musieliśmy najpierw porozmawiać ze wszystkimi świętymi, żeby cokolwiek zrobić. Ludzie też patrzyli na nas dziwnie. Ale dojeżdżaliśmy czasem rok, żeby prowadzić akcję. Teraz, kiedy wracamy w te miejsca przy okazji innych akcji, widzimy, że coś się zmieniło na plus.
Czyli czasami udawało się wam w pewnym stopniu zmienić rzeczywistość. A jak i kiedy zmieniało się Towarzystwo, kiedy zyskało stałą formę? Z jednej strony musiałaś mieć determinację, żeby pracować z ludźmi, z drugiej jednak musiałaś także mieć nie mniejszą wytrwałość, żeby podołać administracji i zarządzaniu.
– Towarzystwo zmieniało się razem z nami, z naszymi pomysłami na życie i działanie. Dopóki było tak, że dobrze nam się pracowało w pks-ie albo na trawie, dopóty to działało. Przez wiele lat wszystkie dokumenty i rzeczy związane z instytucjonalną stroną działania stowarzyszenia mieściły się na jednej półce pod moim biurkiem w mieszkaniu. Kiedy poczuliśmy, że chcemy pracować inaczej, kiedy zabraliśmy się za większe rzeczy, takie ogólnopolskie, jak na przykład „Młodzi Menedżerowie Kultury”, musieliśmy zmienić charakter naszej pracy. Nigdy nie dążyłam do tego, żeby zbudować dużą fundację, nigdy nie chcieliśmy się biurokratyzować. Myślę, że to był taki organiczny wzrost.
Jakie masz kryterium w doborze ludzi, z którymi pracujesz?
– Znowu to jest tak, że to się dzieje bardzo naturalnie. Większość ludzi, która ze mną pracuje, pojawiła się w pewnym momencie w stowarzyszeniu z jakimś swoim pomysłem. Paulina Capała, Członek Zarządu, brała udział w programie „Przedszkole filmowe”. Krzysiek Pacholak, od lat z nami pracuje, brał udział w akcji „Młodzi Menedżerowie Kultury”. Dorota Borodaj też jest z „Przedszkola”... Większość zostawała przy nas, próbowała swoich pierwszych rzeczy, jak one wychodziły próbowaliśmy dalej, aż w końcu te osoby zostały na stałe. Oczywiście ludzi, którzy się przewinęli przez „ę” i pracowali z nami tylko przez chwilę, było całe mnóstwo. Ale byli i tacy, którym się spodobało, do tego zadziałała chemia i zostawali na dłużej. To jest taki sam mechanizm, jak w przyjaźni, w rodzinie.
Wymagasz od ludzi wytrwałości?
Ludzie, którzy przy nas zostają są wytrwali, mają swoje pomysły, są zdeterminowani, żeby je realizować. Znamy się na przykład od dawna z Beatą Tokarz, z czasów, kiedy pracowała jeszcze w innej organizacji. Zawsze, ilekroć się widywałyśmy, mówiłam jej: chciałabym, żeby to „ę” było dla ludzi od 0 do 100. Pracowaliśmy z dziećmi, teraz przydałoby się coś dla seniorów. Pewnego dnia Beata przyszła z projektem „Seniorzy w akcji” i została jego koordynatorką. U nas nie jest tak, że zasiada Zarząd, decyduje, co będziemy robić, wybiera do tego ludzi i ich rozlicza. Nasze programy wychodzą od ludzi.
Inny przykład to dwie dziewczyny, z którymi umówiliśmy się na półroczny wolontariat. Odnalazły się u nas, robią coraz więcej, wchodzą w nowe zadania. Już zaproponowaliśmy im kolejny etap, czyli program stażowy, na którym dostaną niewielkie wynagrodzenie. Realizują już swój pierwszy projekt pod tytułem „Marsz na trawę”.
Wróćmy do ciebie. Czy miewasz momenty załamania?
– Oczywiście, że miewam. To chyba naturalne, kiedy się próbuje ciągle nowych rzeczy.
Czego one dotyczą?
– Po pierwsze dotyczą balansu między prowadzeniem instytucji a działaniem. Ciągle zadaję sobie pytanie, na ile powinniśmy się powiększać, na ile się instytucjonalizować i w którym momencie powiedzieć sobie stop. To są dla mnie trudne momenty. Trudne jest też dla mnie wybieranie projektów, decydowanie o tym, w co wchodzimy, a w co nie. Te momenty dużo mnie kosztują...
... a kiedy wychodzisz do ludzi i okazuje się, że nie wszystko idzie tak, jak powinno?
– Bardzo często tak jest. To są takie drobne kryzysy, kiedy wkładam w coś dużo pracy i okazuje się, że coś nie zaskakuje lub kiedy ludzie nie otwierają się tak, jakbyśmy tego chcieli. To są trudne sytuacje, ale jednocześnie inspirujące. Bo wtedy musisz usiąść i wszystko jeszcze raz przedefiniować, pomyśleć o czymś w nowy sposób. Trudne jest też codzienne prowadzenie stowarzyszenia, taki „patchwork”, jak ja to nazywam, czyli nieustanne myślenie o tym, jak zachować ciągłość, żeby ciągle mieć coś do zaoferowania ludziom. Trzeba też myśleć o budżecie, o pozyskiwaniu środków. Na szczęście nie jestem sama, to są problemy wszystkich pozarządowców.
Podkreślasz na każdym kroku, że ważne jest partnerstwo i „chemia”. Chętnie wchodzisz we współpracę z innymi organizacjami czy wolisz zachowywać autonomię?
– Bardzo wierzę we współpracę i mieszanie potencjałów. Jak się miesza potencjały to zawsze wychodzi z tego coś dobrego. Jeśli są dwie organizacje, które mogą sobie nawzajem dać coś innego i świeżego, to wtedy w takie relacje bardzo chętnie wchodzę. Kiedy jednak mam poczucie, że nasze pomysły są autorskie, od a do z wymyślone przez nas oraz że jesteśmy w stanie je zrealizować, to je realizujemy sami. Nic na siłę.
Spotykamy się późnym wieczorem w siedzibie „ę”. Przeciętny ośmiogodzinny dzień pracy się już skończył, a ja dopiero co oderwałem cię od działania. Czujesz się tu jak ryba w wodzie?
– Czuję, że wybrałam swoją drogę, że znalazłam swój sposób na życie. Bo to nie jest tylko praca, to dużo więcej. Muszę nieustannie współpracować także ze swoimi bliskimi, którzy z kolei akceptują mój wybór. Największą frajdą jest dla mnie to, że mogę tworzyć platformę, na której spotykają się ludzie. Z drugiej strony ogromnie satysfakcjonuje mnie to, że robię coś swojego. Jestem taką trochę Zosią Samosią. To, co zrobiłam, wynika ze mnie i mojej determinacji, także z moich pomysłów. Jak coś zrobię źle, to sama za to płacę, jak coś zrobię dobrze to mam z tego wielką satysfakcję.

 

LOGO

Źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywizacja zawodowa
  • aktywność lokalna
  • dzieci
  • kultura
  • miasto
  • seniorzy