Przejdź do treści głównej

Ludzie sektora: Beata Jarosz

autor(ka): Dorota Suwalska
2010-05-17, 02:03
archiwalne
Beata Jarosz
Boli mnie bezczynność, oczekiwanie, że gmina zrobi coś za nas, a Ośrodek Pomocy Społecznej przydzieli pomoc socjalną. Chcę udowodnić, że nie wszyscy chcą tylko brać, że ludzie są w stanie również dać coś od siebie Trzeba im tylko troszeczkę pomoc – mówi Beata Jarosz, prezeska i współzałożycielka Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Gminy Wilczęta.

– Jak to się zaczęło?

Beata Jarosz: – Do Wilcząt przyjechaliśmy dwanaście lat temu. Po urodzeniu pierwszego dziecka „siedziałam” w domu i pomagałam mężowi w prowadzeniu lecznicy dla zwierząt. Jeździliśmy razem na badania, operacje, pomagałam odbierać porody. Poznawałam ludzi. Już wówczas coś zaczęło kiełkować. Uaktywniłam się, gdy dzieci poszły do szkoły. Organizowaliśmy zbiórki w klasie u starszej córki. Przez cztery lata zarobiliśmy prawie trzy tysiące złotych, co pozwoliło na darmowy wyjazd do teatru do Olsztyna. Rok temu dzieci pojechały na dwa dni do Gniezna, płacąc symboliczne pieniądze. Same zarobiły na ten wyjazd.

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka i powiedziała, że kilka lat wcześniej, gdy jeszcze siedziałam w swoich czterech ścianach, pojawił się pomysł na założenie stowarzyszenia, ale wówczas to nie wyszło. Usiadłam do internetu. Zaczęłam czytać. Zwerbowaliśmy niezbędną piętnastkę.

Na początku zastanawialiśmy się, jak to wszystko ma wyglądać. Czy chodzi o to, żeby upiec ciasto, wystawić się na festynie i zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczyć na wyjazd dla dzieci? Potem na mojej drodze stanęło Elbląskie Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Pozarządowych. Podczas konferencji w Miłomłynie miałam kontakt z ludźmi, którzy działają w innych regionach i wtedy otworzyły mi się oczy. Zaczęłam się uczyć, jeździć na szkolenia, zbierałam chętnych własnym samochodem. Zaczęliśmy pisać projekty.

– Wiem, że przynajmniej część udało się zrealizować.

B. J.: – Pierwszy projekt złożony do Fundacji Wspomagania Wsi nie dostał dofinansowania, ale my się zaparliśmy. Z pieniędzy zarobionych podczas Andrzejek i Sylwestra sfinansowaliśmy ferie dla dzieci z podstawówek. Dzieciaki, które normalnie sprawiają problemy wychowawcze, siedziały na parapetach i dziergały walentynki. Były zajęcia plastyczne, wyjazdy. Dzieciom z gimnazjum dofinansowaliśmy kino i lodowisko.

Pierwszy projekt, który uzyskał dofinansowanie, to piąty przez nas napisany. Dzięki wsparciu ESWIP-u nie poddaliśmy się. Wiele organizacji wiejskich zniechęca się po pierwszym niepowodzeniu. Wydaje im się, że wystarczy przelać pomysł na papier. Są przekonani, że pieniądze im się należą, bo jest źle, a oni chcą to zmienić. Takie wnioski nie przechodzą i potem trudno przywrócić ludziom chęć przygotowywania projektów. My też bardzo często nie dostajemy informacji zwrotnej o błędach w naszych projektach, co nie ułatwia dalszych działań, jednak kolejna próba się udała.

Pierwszy przyjęty projekt dotyczył rehabilitacji dzieci z wadami postawy w szkołach podstawowych.

Później był projekt z Funduszy Norweskich dla Organizacji Pozarządowych Mikro tzw. projekt na wsparcie – małe organizacje oprócz udziału w szkoleniach, mogą przeprowadzić remont pomieszczenia, z którego korzystają, wyposażyć je w sprzęt i prowadzić zajęcia. Z tego projektu, a również dzięki pomocy Urzędu Gminy uruchomiliśmy świetlicę w Wilczętach. Nie chcieliśmy jednak ograniczać się do organizowania w niej szkoleń. Przez dziesięć miesięcy świetlica bardzo intensywnie żyła, były koła zainteresowań, pani, która zajmowała się dziećmi po południu, odrabiała z nimi lekcje. Projekt się zakończył, ale świetlicą nadal możemy dysponować. Korzystamy z niej wspólnie z GOPS-em, biblioteką, prowadzone są tutaj konsultacje Klubu AA.

Za chwilę rusza nam kolejny projekt, w ramach którego prowadzone będą warsztaty, kwestia ustalenia harmonogramu. Zobaczyłam, że tego typu działalność daje szansę zmobilizowania ludzi do przeprowadzenia zmian we własnym środowisku.

– Środowisko jest szczególne, choćby z uwagi na uwarunkowania historyczne.

B. J.: – Zastanawiałam się, jakie dziedzictwo kulturowe tutaj mamy? Z historii rodu Donów (przedwojennych gospodarzy tych ziem) niewiele osób cokolwiek pamięta. W Gładyszach mieszka pan, który podobno pracował we dworze. Wiele osób wspomina jednak czasy, gdy pałace Donów były w bardzo dobrym stanie. Opowiadała mi pani, która chodziła w Słobitach do szkoły podstawowej o lekcjach przyrody w parku pałacowym, srebrnych łyżeczkach w stawie i pięknych tapetach na ścianach. Teraz są tylko ruiny i pamięć, która jest krucha.

– Z jednej strony jest dziedzictwo tego miejsca, z drugiej – dziedzictwo przywiezione przez ludzi, którzy zostali tu przesiedleni np. w ramach Akcji Wisła.

B. J.: – Dużo osób ma korzenie ukraińskie. Kiedy, podczas festynów, zaczyna grać ukraińska muzyka, wszystkim serca skaczą, a jednocześnie jest to gdzieś głęboko schowane. Mamy w szkole w Nowicy panią, która uczy ukraińskiego jako języka dodatkowego. Ma grupkę dzieciaczków. Przywozi stroje ze swojej rodzinnej wsi na Ukrainie. Przepięknie śpiewają. Bardzo bym chciała uświadomić ludziom wagę tych tradycji, żeby poczuli, że jest się czym chwalić.

– Mówiła już pani o pieniądzach. Skąd jeszcze bierzecie fundusze?

B. J.: – Nie jest łatwo. Na sponsorów trudno liczyć. Gmina jest uboga, a instytucji potrzebujących pieniędzy bardzo dużo. Mamy składki członkowskie, które są jednak bardzo niskie i nie wszyscy poczuwają się, żeby je płacić. I oczywiście projekty. Obecnie koncentrujemy się na tych, które opierają się na Programie Operacyjnym Kapitał Ludzki, czyli na pieniądzach z EFS. Jest wiele grantów, które wymagają wkładu własnego od organizacji. Problem polega na tym, że ludzie tutaj nie mają pieniędzy.

– Wiem, że głównym celem działań stowarzyszenia jest zmiana postaw ludzkich. Czy widać już efekty waszej pracy?

B. J.: – Powolutku, powolutku, ale widać. Na początku podchodzono do nas jak do jeża, ostrożnie, z niedowierzaniem. Traktowano jak jakieś kółko różańcowe albo instytucję – na zasadzie „dajcie nam pomoc socjalną lub rzeczową”. Teraz to się zmienia. O tym, że ludzie zaczęli działać świadczy fakt, że zostało złożonych osiem wniosków na fundusze sołeckie. Przy pięciu pomagałam, trzy samodzielnie napisały sołectwa.

Mamy też inne efekty. Realizujemy obecnie projekt z EFS. Z miejscowości Gładysze, która do tej pory troszkę stała z boku pochodzi 6 na 15 uczestników projektu. Mają tam wkrótce dostać świetlicę z Programu Odnowy Wsi. To dla ludzi bodziec, żeby się uczyć. Nie chcą czekać, co da gmina. Mają własne pomysły, nie boją się pytać, przełamują własne bariery...

– Z tego, co wiem nie ogranicza się pani do działań w ramach Stowarzyszenia?

B. J.: – Bo ja jestem taką osobą, która wtrąci wszędzie swoje 5 groszy. To przełamuje również sposób myślenia o zaangażowaniu kobiety w życie społeczne. Spotykałam się w ciągu tych czterech lat z wieloma trudnymi sytuacjami. Wystartowałam do Rady Gminy, sądząc, że wspólnie z radnymi dwa razy więcej uda się zrobić i często, nawet w mojej radzie, muszę udowadniać, że to, co mówię jest ważne, że to nie jest powód do śmiechu.

Jeśli idzie o inne działania, to niedawno reaktywowaliśmy Powiatową Radę Organizacji Pozarządowych. A w zeszłym roku założyliśmy partnerstwo na rzecz rozwoju społecznego. Deklarację podpisały samorządy, Ośrodki Pomocy Społecznej i Domy Kultury. Celem jest integracja wszystkich podmiotów, które działają w sferze społecznej, żeby robić coś wspólnie i nie dublować działań.

Również w zeszłym roku powstało Centrum Organizacji Pozarządowych w Braniewie, a ja zostałam zobligowana, żeby je poprowadzić. To był dla mnie trudny moment, bo poczułam, że „zdradzam” Wilczęta, że jest mnie tutaj dużo mniej niż bym sobie życzyła. A jednocześnie jest wielka satysfakcja, gdy jeżdżę do wsi „na końcu świata” i okazuje się, że tam, gdzie nie ma świetlicy ludzie zbudowali podest z desek pod wielkim drzewem. Urządzają tam potańcówki, imprezy dla dzieci, dożynki. Ktoś upiecze ciasto, ktoś inny przyniesie kiełbasę, drzewo na ognisko. Sami się organizują i to tak niesamowicie buduje i wzmacnia. Prowadzę więc to Centrum i chciałabym móc nieba przychylić tym wszystkim ludziom, których poznaję.

 

 

Beata Jarosz – od 2006 roku prezes Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Gminy Wilczęta, które współtworzyła. Urodziła się i wychowała w rolniczej rodzinie. Podejmuje działania na rzecz edukacji i aktywizacji społeczności lokalnych, szczególnie bliskie są jej społeczności wiejskie. Przewodnicząca Rady Organizacji Pozarządowych Powiatu Braniewskiego. Doradca w Centrum Organizacji Pozarządowych, które od ponad roku prowadzi.

Absolwentka Szkoły Animatorów Społecznych województwa warmińsko-mazurskiego, i członkini Forum Animatorów Społecznych Warmii i Mazur, „młoda” trenerka STOP-u. Od niedawna również członek Zarządu Sieci Wspierania Rozwoju Lokalnego HEROLD.

Charyzmatyczna, uparta ,wierzy w człowieka. Księgowa z wykształcenia, asystent męża w gabinecie weterynaryjnym, społecznik od urodzenia. Odważnie wprowadza zmiany w swoim otoczeniu.

Wilczęta – gmina wiejska w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie braniewskim.

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • Gmina Wilczeta , p Jarosz , dr Judym i ludzie bezdomni ~RPJ byly mieszkaniec gm. Wilczeta 17.08.2010, 09:34 Szkoda, ze tak nieliczne grono mieszkancow udziela sie spolecznie i uczestniczy w zyciu kuluralnym i spolecznym gminy. Mam nadzieje, ze wytrwala praca, upor,optymizm i wiara w siebie i w ludzi pomoze Pani w coraz wiekszej "aktywizacji" nie tylko starszych mieszkancow , ale i takze mlodziez, ktora tam jeszcze pozostala. Serdecznie pozdrawiam. P.S czytajac wypowiedz p.Piotrowskiego przypomina mi sie Zeromski i dr Judym z "ludzi bezdomnych" - oczywiscie w innym wymiarze , ale on tez byl wielkim spoleczniakiem :-) ODPOWIEDZ
  • [+] Rozwiń komentarz Beata Jarosz ~Tadeusz Piotrowski 17.05.2010, 06:25 Wiem, jak jest nie łatwo pracować (czytaj: być aktywnym animatorem pozarządowym) w organizacji-stowarzyszeniu i do do tego przez siebie założonym, i jeszcze bez kasy , bez której nie wiele się zdziała - wiem coś o tym! Pani z tą barierą świetnie sobie radzi i między innymi dlatego bardzo Pani gratuluję - życzę jednocześnie wytrwałości i wielu sukcesów w działalności na rzecz wspierania słabszego człowieka!:) Centrum Integracji Społecznej w Braniewie. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywizacja zawodowa
  • aktywność lokalna
  • dzieci
  • edukacja
  • wieś