Przejdź do treści głównej

Liderzy PAFW: Jan Ancypo. Najważniejszy jest stół

autor(ka): Magdalena Plewowska
2010-01-25, 10:12
archiwalne
Jan Ancypo
Lider ma wizję zmiany. Lider wyznacza kierunek i tworzy wizję zmiany. Wizja zmiany to innowacyjny, konkretny pomysł na to, co można zmienić w Twoim środowisku. Wizja tej zmiany powstaje na podstawie analizy potrzeb środowiska. Lider musi być gotowy podjąć ryzyko i wziąć odpowiedzialność za inicjowanie i przeprowadzanie zmian w swojej społeczności lokalnej. Urzeczywistnienie wizji wymaga od lidera skuteczności.

Dojście do Izby Regionalnej w Janowszczyźnie wiedzie asfaltową drogą, wzdłuż której stoi jeszcze wiele drewnianych chałup, pamiętających początki minionego wieku. Niektóre jednak mają już murowane przybudówki, drzwi antywłamaniowe albo pokryte są sidingiem. Każdy dom musi wyglądać pięknie, bo do wsi często przyjeżdża telewizja. Szczególnie w święta chcą sfilmować, jak mieszkańcy odtwarzają stare zwyczaje i tradycyjne obrzędy. Wszystko się dzieje dzięki Stowarzyszeniu Izba Regionalna, której założycielem i prezesem jest radny Rady Miejskiej w Sokółce Jan Ancypo. 

Początek wielkiej zmiany w Janowszczyźnie to rok 2000, gdy koleżanka Jana, nauczycielka miejscowej szkoły, realizowała regionalną ścieżkę edukacyjną. Uczniowie w jednej z sal zgromadzili trochę starych przedmiotów znalezionych w rodzinnych gospodarstwach. Gdy Jan na to popatrzył, to pomyślał: Jezu, szkoda, żeby coś takiego ginęło na naszych oczach. To był impuls. Następnego dnia napisał do burmistrza wniosek, w którym zawarł całą strategię działania na najbliższy czas: utworzenie izby regionalnej w gminnym budynku, który do tej pory świecił pustkami. Krótko, zwięźle, konkretnie. I tak się zaczęło: od pomysłu do realizacji.

Marzeniem Jana było ocalenie od zapomnienia przeszłości, starych obrzędów, tradycyjnego sposobu życia w zgodzie z naturą, ludowych obyczajów - słowem tego, co dziś nazywa się kapitałem kulturowym. Tak to widział na początku, ale, jak sam mówi dzisiaj, już wtedy, przed niemal dziesięciu laty, wiedział, że w tym kierunku należy iść dalej. To wyzwanie skłoniło go do podjęcia i pełnienia roli lidera.

Koncentrował się na odnajdywaniu bogactwa przeszłości, a jednocześnie ukazywał je lokalnej społeczności. Dla nich to robię, przecież nie dla siebie. Może nie tylko dla nich, ale i dla kultury – to wartość, która jest ponad nami. Z początku mieszkańcy patrzyli na niego jak na miejscowego wariata, ale z czasem przekonali się do jego inicjatyw i coraz chętniej się przyłączają. Na przykład odnowiony zwyczaj kolędowania spotkał się z wielką życzliwością tych, którzy pamiętali jeszcze, jak sami byli kolędnikami, zanim ludowa tradycja zaczęła zamierać, wypierana przez system promujący miejskie zwyczaje, czyli przed 40 laty. Jan wystarał się o tradycyjne stroje, dotarł do oryginalnych tekstów i przez kilka lat musiał namawiać dzieciaki, żeby wzięły w tym udział. Uczył i tłumaczył, jak ważne jest, by znać i pamiętać o swoich korzeniach. Teraz już nie potrzeba specjalnej zachęty, młodzież sama przekazuje szczegóły obrzędu młodszym. Ważne jest też, aby w domach odpowiednio kolędników przyjąć, wysłuchać i nagrodzić, bo rzecz jest dwustronna, więc wszyscy się starają dopełnić rytuału. W ten sposób łączą się pokolenia.

Z czasem to swoiste muzeum sprzętów i wytworów sztuki materialnej, zgromadzonych w Janowszczyźnie, stało się regionalnym centrum kultury. Jan dostrzegł, jak wiele innych elementów zasługuje na ocalenie, na przypominanie. Mówi, że musiał dorosnąć do takiego podejścia, uzmysłowił mu to i pomógł zrozumieć dopiero tutor Andrzej Pery. Po latach można powiedzieć, że w tej chwili nad wejściem do Izby brakuje tylko szyldu, bo rolę regionalnego ośrodka już pełni. Świadczą o tym liczne wizyty, zagraniczne delegacje, wycieczki. Gdy gmina chce się pochwalić swoim dorobkiem, zawsze przywozi gości do Janowszczyzny. Ale tak naprawdę Izba stała się też ośrodkiem życia społecznego i niejako tłem kolejnych przedsięwzięć. Taka przestrzeń inspiruje, ale i wymusza, jak twierdzi Jan, żeby wchodzić w poszczególne dziedziny życia i odnajdywać te rzeczy, które nawet teraz są przydatne. To nie chodzi o tworzenie skansenu, martwego i zarośniętego pajęczyną. Izba już żyje swoim życiem i bardzo dobrze się ma. Tu się rodzą kolejne projekty.

Zmiana, której dokonał Jan, polega na tym, że ludzie, którzy nie dbali o pielęgnowanie tradycji, zaczęli być dumni z miejsca swojego pochodzenia. To tutaj w każde święta przyjeżdża telewizja, żeby przygotować reportaż. Wszyscy są zaangażowani, uśmiechnięci i szczęśliwi. A panie przyśpiewują i są dumne, gdy w podlaskiej wiosce publicznością są goście z zagranicy. Jan ma nadzieję, że taki sposób patrzenia na tradycję, na ludową kulturę, kiedyś się upowszechni.

Przyglądając się przed laty wielu kulinarnym inicjatywom regionalnym, zauważył, i to było dla niego wielkie zaskoczenie, że nikt nie promował, nie eksponował tam najprawdziwszych sokólskich smaków. Odnalazł więc stare receptury, a potem nauczył siebie oraz innych wytwarzania sera suszonego oraz tradycyjnej szynki. Na szkolenie zaprosił kobiety wraz z mężami, aby także mężczyzn przekonać do tego przedsięwzięcia, zmniejszyć opór przed nowinkami, obalić stereotypy i pokazać możliwość dodatkowego zarobkowania. Dzięki jego staraniom po dwóch latach na listę produktów regionalnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi został wpisany kumpiak oraz suszony ser podlaski. Coraz częściej te wyroby można kupić na targach w okolicy. Uzyskane certyfikaty były wielkim sukcesem w skali całego Podlasia. Ale za przywróceniem tych potraw do kultury kulinarnej stoi coś więcej. Jan wierzy, że wspólne biesiadowanie jest ważne dla życia społecznego. Bo przy stole wszystko się toczy, zapadają decyzje, następuje wymiana zdań. Tam rodzi się kultura. Nie zawsze to cenimy, jedząc w pośpiechu, ale przy takim prawdziwym polskim stole dopiero widać, jak można myśli wymienić, przejść na inny poziom porozumiewania się. To jest rzecz jakby podstawowa. Wszystko się toczy wokół stołu, najciekawsze rozmowy.

Większość rzeczy zgromadzonych w Janowszczyźnie przynieśli sami mieszkańcy. W każdym glinianym garnku, tkanym chodniku czy wyszywanej serwecie Jan widzi piękno, potrafi się nimi zachwycić. Wrażliwość i szacunek dla ciężkiej pracy wyniósł z domu. Proszę zobaczyć te beczułki dłubane, te wszystkie narzędzia wytworzone ręcznie. To są przedmioty piękne, wartościowe, to nie jest kawałek plastyku czy najwymyślniejsza maszyna, czy jakiś komputer najnowszy. To są rzeczy zrobione przez ludzi w pocie czoła. I one są wartością, dla mnie to rzeczy wielkie.

Sąsiedzi przychodzą też z pieśniami, gawędami i opowieściami, żeby się nimi podzielić i ocalić od zapomnienia.

Janowi udało się zaszczepić ideę dobra wspólnego i sprawić, że ludzie czują się wspólnotą, przynajmniej w czasie świąt. Ja ich dowartościowuję, uczę, że to, czym żyli, to, co było, te wszystkie doświadczenia, są wartością. Wartością, którą teraz można wykorzystać do rozwoju, rozwoju nowoczesnego, pięknego. Te wartości dostrzegają głównie starsi członkowie społeczności, którzy są dla Jana oparciem i tylko czekają na hasło.

Wprawdzie młodzież bardzo trudno zaangażować do wspólnych działań, ale nieraz już szkolne grupy brały udział w inscenizacjach wiejskiego wesela, tradycyjnego wypieku chleba czy kiszenia kapusty.

Oczywiście, nic tu się nie dzieje bez Jana i nic by się nie działo, gdyby nie jego upór, zaangażowanie połączone z pasją i miłością do tego miejsca. W naszym społeczeństwie, przynajmniej w moim środowisku, w tym regionie zawsze powinien być lider i powinien to ciągnąć jak wół.

Gdyby ktoś z zewnątrz spojrzał na radosnych biesiadników, nie rozpoznałby, który z nich jest tym liderem. Jan rozumie swoją rolę inspiratora i animatora, który nie jest widoczny, ale nad wszystkim stale czuwa.

Ja to tak układam, że się toczy jakby beze mnie, a najważniejszymi gwiazdami są moi ludzie, czyli wykonawcy, oni tu są, oni świecą. Sam się nie wychyla, na pierwszym miejscu stawia współpracowników i uczestników. To ci ludzie są tymi gwiazdami, ja im po prostu tylko to umożliwiam. Pokazuję, że można robić takie ciekawe rzeczy, że to jest wartościowe, że to jest dobre. Swoją postawą stara się dać przykład, że ciężką pracą i wytrwałością można wiele osiągnąć.

Większość dostrzega jego entuzjazm i wysiłek, gdy zapala się do wszystkiego, każdemu tłumaczy, że warto. Pracuje od świtu do nocy. I jest przekonany, że to się ludziom udziela.

Prawdę mówiąc, Jan nie wyobraża sobie innego życia. Ja zżyłem się z tym bardzo i uciec od tego nie sposób. Działalność wokół Izby tak go pochłonęła, że już zapomniał, jak było przedtem. Nie pamiętam, co ja robiłem, jak tej Izby nie było.

Animowanie życia kulturalnego Janowszczyzny wiąże się z mandatem radnego. Nigdy tego nie rozdzielał, bo obydwa zajęcia są wpisane w jego działalność społeczną, służą realizacji tego samego celu. Od początku tak to postrzegał - jako wkład w rozwój społeczności, okręgu, środowiska. I cały czas szuka zapaleńców podobnych do siebie. Na razie jednak trochę jest w tym osamotniony. Ostatnio nawet stał się czarną owcą, bo naraził się niektórym swoją walką przeciw ekspansji żwirowni, które rozkopują niemiłosiernie okolicę. Narażam się, ale zupełnie świadomie. To nie jest jakaś moja pomyłka czy krok nieroztropny. Nie, po prostu trzeba być wiernym. Nie jestem po to, żeby być radnym, ale żeby coś zrobić. Dlatego proponuje utworzenie w tym rejonie zespołu krajobrazowo-przyrodniczego, który ograniczyłby wydobywanie żwiru. Jan patrzy w przyszłość i obawia się, że tym mieszkańcom, którym nie uda się sprzedać ziemi i wyjechać, pozostanie życie w żwirowym piekle. Krajobraz radykalnie się zmieni, niektóre wsie, zasypane hałdami, znikną z mapy. Czuję na plecach oddech tych, którzy lekceważą moje działania lub z tego kpią. Nie zawsze jest pięknie, miło i ładnie. Ale przeciwnicy zawsze będą. To mnie jednak nie przeraża, czasem jest mi przykro, ale to mnie nie wytrąca z rytmu.

Zaczynał działalność z wielkim entuzjazmem, wydawało mu się, że wszystko będzie takie „słodziutkie”, fajne, wszyscy będą się cieszyć. Otrzeźwienie przyszło wkrótce, gdy zrozumiał, że to, co jemu się podobało, ludziom niekoniecznie, że jego punkt widzenia może akurat im nie odpowiadać, że oni mogą mieć inne wartości. Uczył się tego powoli, inicjując kolejne działania. To jest takie wsłuchiwanie się i jednoczesne badanie gruntu. Starał się w razie potrzeby dobierać inne środki, inną grupę, celów jednak nie zmienił, bo wiedział, że jeśli projekt odniesie sukces, wszyscy będą się cieszyć. Dużą rolę odegrały w tym dla mnie szkolenia, w których kolejno brałem udział. Program Liderzy PAFW był wśród nich wiodący, jakby pasowanie na rycerza. Wprawdzie przystępując do programu, zupełnie zielony nie byłem, bo Stowarzyszenie już istniało parę lat, ale dopiero tam oczy mi się otworzyły na niektóre rzeczy i dostałem takie przyjacielskie uderzenie w ramię: ”Idź i rób!”. I wszystko ruszyło z kopyta inaczej, odważniej, śmielej. Czołowymi projektami stały się coroczne wesela wiejskie – widowiska dla tysięcy ludzi. Kolosalne przedsięwzięcia przygotowane rękoma kilku osób.

Co jakiś czas Jan robi przerwę na przemyślenie i poszukiwanie nowych pomysłów, gdyż bardzo dba o to, żeby oferta Izby Regionalnej nie spowszedniała, żeby każdego roku czymś zaskoczyć, zaciekawić lub dopracować. W ciągu tych lat pracy stał się regionalnym autorytetem, z którym konsultuje się dziesiątki zagadnień, a fragmenty inscenizacji wiejskiego wesela wystawiał w skansenie, już we własnej interpretacji, nawet dyrektor białostockiego muzeum.

Osiągnięcia Jana Ancypo zostały też dostrzeżone przez Ruch Stowarzyszeń Regionalnych, który zarekomendował Jana do konkursu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pod koniec sierpnia Jan otrzymał „Odznakę Honorową za Zasługi dla Kultury Polskiej”, co świadczy o jego istotnym wkładzie w rozwój kulturalny regionu. Uhonorowano go jako animatora i inspiratora życia lokalnego. Jest z tego bardzo dumny, bo mimo swojej skromności - ja nie jestem tu najważniejszy - traktuje to wyróżnienie jako nagrodę za dziesięcioletni trud i potwierdzenie, że było warto, że droga, którą obrał, okazała się właściwa. I jego pomysł stworzenia nie muzeum, ale funkcjonującej chaty wiejskiej, która żyje i w ten sposób umożliwia poznawanie przez doświadczenie, okazał się znakomity.

Izba oddziałuje na całą okolicę. Przyjeżdżają przedszkolaki z Sokółki, studenci z Białegostoku, a z Czarnej Białostockiej ksiądz z wycieczką rowerową starszych parafian, którzy o takim fajnym miejscu usłyszeli od swoich wnuków. Właśnie o młodych ludziach Jan myśli najbardziej i głowi się, jaką ofertę dla nich stworzyć, żeby związali się z Izbą na trwałe, żeby ich wciągnąć na dłużej. Wprawdzie sokólskie szkoły chętnie współpracują, jednak jemu najbardziej zależy na uczniach miejscowych, z Janowszczyzny, na tym środowisku, właśnie tu. Postawił sobie taki cel i szuka, rozważa i projektuje kolejne atrakcje.

Jestem liderem… spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność za moich ludzi, za moją pracę, nie tylko za zespół, ale za tych, na których oddziałuję, którym proponuję to, co robię, którym daję te możliwości. Na wszystko, co tu się dzieje, na to, że oni są ważni, muszę uważać. Żeby po prostu nie odwrócili się. Bo mogę nie spełnić ich oczekiwań, a przez to nie zrealizować tego, co chcę.

Sylwetka jest częścią publikacji Programu Liderzy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności ,,Przewodnik Lidera, portrety, inspiracje, pytania’’

Źródło: Stowarzyszenie Szkoła Liderów
Organizator:

Stowarzyszenie Szkoła Liderów

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • aktywność lokalna
  • historia
  • kultura
  • tradycja
  • wieś