Przejdź do treści głównej

Nie tylko dworzec [wywiad]

autor(ka): Dominika Chylińska
2009-11-24, 13:35
archiwalne
Erazm Humienny – znana postać w środowisku wrocławskiego trzeciego sektora i instytucji związanych z pomocą społeczną. Od ponad 12 lat jego Stowarzyszenie Pomocy „Ludzie Ludziom” prowadzi Dom Socjalny dla Mężczyzn wychodzących z więzienia. A dokładnie prowadzi je sam Erazm Humienny wraz z żoną Ewą i kilkoma współpracownikami.

Od września bieżącego roku stowarzyszenie realizuje projekt „Wychodzenie wciąga”, dzięki któremu wsparciem zostaną objęci więźniowie z całego Dolnego Śląska.  

Jak znajdujecie osoby, z którymi współpracujecie?

E.H.: Współpracę nawiązujemy już dwa, trzy lata przed wyjściem konkretnego człowieka z więzienia. Rozmawiamy z nim, zabieramy na przepustkę do naszego domu, by zobaczył, jak to wygląda. Można powiedzieć, że go przygotowujemy do tego, co go czeka na wolności. Dzięki temu projektowi możemy dotrzeć do więzień z Dolnego Śląska, więc łatwiej będzie nam znaleźć osoby, którym nasz program może pomóc.

Tak jest teraz. A jak się zaczęło? 

E.H.: Właściwie mój początek pracy w III sektorze wziął się z protestu. W 1982 roku odmawiałem służby wojskowej, trafiłem do więzienia. Jestem z zawodu marynarzem, więc nie bałem się wojskowego drylu. Nie mogłem się jednak pogodzić z tym, że nie zostawiono mi wyboru.

Później, bo w 1988 roku założyłem swoje pierwsze stowarzyszenie. Byliśmy wtedy dosyć dziwnym zjawiskiem, jeździliśmy pod budynek sejmu i protestowaliśmy, domagając się możliwości odbycia służby zastępczej dla takich jak ja, odmawiających służby wojskowej. Śmiałem się, ze znaleźliśmy pseudolegalny sposób na rozmontowanie systemu.

Kiedy w końcu zostałem skierowany do służby zastępczej trafiłem do Domu Pomocy Społecznej. Dla mnie to było jak nagłe zderzenie z życiem: samotność, odrzucenie i umieranie. Pozbywanie się ludzi. Od tego momentu to ja sam zacząłem się zmieniać. Próbowałem ludzi, których tam poznałem jakoś aktywizować, przełamywać skostnienie.

W końcu wyjechali na wózkach inwalidzkich, by protestować przeciwko systemowi.

To był początek nowej drogi. Jak to się dalej potoczyło?

E.H.: Na początku lat 90. trafiłem do schroniska brata Alberta. Byłem tam kierownikiem, pracowałem we Wrocławiu i w ośrodku w Gdańsku. To był początek nowej Polski i początek bezdomności w Polsce. W Polsce nie było takich ośrodków, przyjeżdżali do nas ludzie z całego kraju, żeby się od nas uczyć.

W tym czasie pomoc społeczna zaczęła mieć też ludzkie oblicze świętej pamięci Jacka Kuronia. A ja zdałem sobie sprawę, że produkujemy bezdomnych. W schronisku było miejsce na kilkadziesiąt łóżek, a my przyjmowaliśmy ponad 200 osób. Nie chciałem dłużej tak pracować, bo nie rozwiązywaliśmy żadnego problemu. 

W końcu w 1996 roku założyliśmy nasze obecne Stowarzyszenie Pomocy „Ludzie Ludziom”, w lutym dostaliśmy budynek do remontu. Pierwszy okres działalności, jakieś dwa lata przetrwaliśmy tylko dzięki pomocy wielu życzliwych ludzi. Pomogli nam, kiedy nie udawało nam się zarobić na opłaty. 

To miało być z założenia inne miejsce niż wielka noclegownia?

E.H.: Ten Dom Socjalny był naszym pomysłem, by wspierać ludzi wychodzących z bezdomności i z tego, co potocznie nazywamy marginesem społecznym. Dla szukającego pracy sama nazwa schronisko jest jak stygmat. Dodatkowo wśród bezdomnych byli mężczyźni, którzy wyszli z zakładów karnych. Wszyscy trafiali do jednego wora, a trzeba było nad nimi popracować dłużej. Szczególnie w tym dziwnym okresie, kiedy ludzie, którzy w latach osiemdziesiątych lądowali w więzieniu wynurzali się z niego w latach dziewięćdziesiątych i w zupełnie innym świecie. Wtedy był komunizm, szarość a nagle wchodzili w świat wolnej Polski, ale i kapitalizmu, bezrobocia i pornografii.

Mieliśmy takie hasło, założenie: „Pomoc człowiekowi zagubionemu we współczesnym świecie”. Po 20 latach w więzieniach, w czasie, gdy zmienił się ustrój polityczny i gospodarczy, całkowicie zmieniły się realia oni po prostu bali się wolności. Teraz już rzadziej zdarza nam się pracować z ludźmi, którzy mają za sobą aż tak długie wyroki, chociaż ten strach przed wolnością pozostał. To dziwne, ale ci ludzie przede wszystkim boją się systematyczności, regularności. Boją się normalności.

Jak ten strach spacyfikować?

E.H.: Przede wszystkim ja zawsze podkreślam, że naszym zadaniem nie jest pomaganie, ale wspieranie tych, którzy wyszli na wolność w powrocie do normalnego funkcjonowania. Dlatego nasz Dom również szybko opuszczają. Przeciętnie przebywają u nas od miesiąca do trzech. W tym czasie mają znaleźć pracę, szukać mieszkania. Naszym zadaniem jest wesprzeć ich w bardzo konkretny i w gruncie rzeczy prosty sposób. Uczymy ich, jak napisać CV, jak się zaprezentować w rozmowie. Pokazujemy, w jaki sposób ściągnąć wszystkie świadectwa pracy, jakie mają, jak napisać podania o przydział mieszkania. Tu chodzi często o tak prozaiczne sprawy, jak znaczek skarbowy. Albo też o to, by pomóc  w napisaniu podania. Ponieważ bardzo często ich problemy z alkoholem i przystosowaniem się do społecznych zasad wiążą się również z tak fundamentalnymi problemami jak trudności z pisaniem i czytaniem. Dlatego zawsze, gdy przychodzi do nas nowy człowiek, prosimy go o napisanie podania o przyjęcie do Domu. To nam mówi już bardzo wiele. I o tym, co powinnyśmy zrobić na początku i o tym, czego nie wolno nam zrobić.

Czego nie wolno?

E.H.: – Nie wolno posyłać na terapie pogłębione. Bo na nich są „piciorysy”. To oznacza, że człowiek musi o swoim problemie z alkoholem pisać elaboraty na kilka stron. Siedzi, pot mu się leje po czole i próbuje, choć pisanie idzie mu ciężko. Później sam dźwięk słowa „terapia” działa na niego jak czerwona płachta na byka.

A on nie może się zrazić. Musi chcieć nad sobą pracować, przede wszystkim umieć przyznać, że na wszystko, co go w życiu spotkało niestety sam zapracował.

Dlatego wymagamy. Żeby każdy chodził swoje sprawy załatwiać samemu. By sam sobie organizował czas. Po wyjściu z więzienia to olbrzymi problem. Tam był czas wypełniony i zorganizowany odgórnie. Pobudka, zajęcia, posiłki, sen- wszystko według reguł wymyślonych nie przez nich. Teraz muszą od nowa wziąć za siebie odpowiedzialność.

W jaki sposób udaje się to osiągnąć? Tak często podkreśla się roszczeniową postawą tych osób, ich strach przed działaniem na własny rachunek?

E.H.: Bardzo prosto. Podpisujemy umowę, kontrakt, w której każda ze stron się do czegoś zobowiązuje. My wspieramy w sprawach urzędowych, w szukaniu świadectw pracy, pisaniu podań, organizujemy lub szukamy kursów, szkoleń, tak by zdobyli jakiś zawód, nauczyli się czegoś nowego. Oni robią porządek ze swoim życiem. Szukają ogłoszeń, chodzą na rozmowy. Rozliczamy ich z tego: jakie ogłoszenia znaleźli, gdzie dzwonili, z kim rozmawiali, jak rozmawiali. Przez lata pracy udało nam się wyrobić swoją pozycję, pracodawcy nas cenią, wiedzą, że można na nas polegać. Dlatego często się zdarza, że właściciele różnych firm dzwonią do nas, kiedy szukają pracowników.

Ale organizuje Pan też inne zajęcia dla mieszkańców. Imprezy charytatywne, mistrzostwa świata w rzucie reklamówką.

E.H.: Normalne życie to przecież nie tylko praca. To także hobby, nawiązywanie znajomości również bezinteresowna praca dla innych. Mieszkańcy naszego Domu w pewnym momencie sami zaczęli odczuwać chęć wyjścia z kręgu swoich problemów.

Tych ludzi: bezdomnych, z wyrokami na koncie różni od nas tzw. „normalnych” właściwie tylko tyle, że żyją według reguł społecznie nieakceptowanych. Nie różnimy się od siebie. Czasami nawet patrząc na bezdomnych widzę, że żyją według reguł znacznie czytelniejszych od naszych. Proszę mnie źle nie zrozumieć: to nie są może dobre zasady, to, co robią może się nam wydawać nie do przyjęcia, ale mimo wszystko mniej wśród nich fałszu i obłudy niż w naszych codziennych, społecznych relacjach.

A Mistrzostwa Świata w Rzucie Reklamówką wymyśliłem jako sposób na symboliczne pożegnanie z bezdomnością. W tej reklamówce nosi się przecież cały dobytek, to całe życie bezdomnego. Poczucie humoru naprawdę może nas uratować, kiedy jest naprawdę źle.

To trudna praca, emocjonalnie obciążająca. Jakie osoby przychodzą do Was i chcą pracować?

E.H.: No cóż, muszę przyznać, że staram się zniechęcać wolontariuszy. Często przychodzą młodzi ludzie, którzy z żarliwością neofity koniecznie chcą pomagać. Nie bardzo natomiast wiedzą, co to za praca i że reguły, których przestrzegamy zostały wypracowane przez lata. Przykładowo, kiedy ktoś przychodzi pijany, sami mieszkańcy go wypraszają. Zdarzało się, że wolontariuszka podważała tę zasadę, oczywiście w imię źle pojętego współczucia. W innym przypadku wolontariuszce udało się dotrzeć do jednego z naszych mieszkańców. Zaufał jej i otworzył się przed nią, po czym dziewczyna zniknęła. Jak się okazało, spontanicznie pojechała sobie do Hiszpanii, realizując kolejny po wolontariacie pomysł na życie.

Dlatego tak jak mówiłem, staram się zniechęcać wolontariuszy. Jednak niektórzy nie dają się zniechęcić i pracują z nami już kilka lat. Przyjeżdżają też młodzi ludzie właściwie z całego świata. Z Anglii, Włoch, ale i z Hongkongu. Ci wolontariusze mieszkają z nami przez cały rok, uczą się zasad funkcjonowania domu i życia mieszkańców. Czasami zaprzyjaźniają się ze sobą. Jeden z wolontariuszy, Anglik pomagał naszym byłym mieszkańcom, którzy wyjechali na Wyspy w znalezieniu pracy i mieszkania. To tylko jeden z przykładów, ale pokazuje, że system, który wypracowaliśmy pozwala na stworzeniu wspólnoty. Sprawdza się zresztą tylko w niedużych grupach. U na jednorazowo przebywa mniej więcej 25 osób. Wprawdzie w skali roku daje to grupę około 100-osobową, ale w tej pracy nie można skupiać się na liczbach. A praca w większych grupach to tylko większa degrengolada.

To zrozumiałe. Małe grupy pomagają w nawiązaniu odpowiedniego kontaktu.

E.H.: Dlatego chciałbym, żeby na terenie Wrocławia działało kilkanaście takich domów podobnych do naszego, w których pracuje się w niewielkich grupach. To może dać zdecydowanie lepsze rezultaty, niż duże noclegownie, w których jednorazowo przebywa około 200 osób. To zresztą widać po wynikach bezdomni „mieszkają” w nich po 10 albo i więcej lat. A przecież noclegownie z definicji mają być rozwiązaniem krótkoterminowym. Nam się udało, po latach pracy (ciągle to podkreślam, ale to naprawdę ważne to był czas na  naukę na błędach) osiągnąć dobre wyniki. Z naszych mieszkańców 15% szybko i pewnie staje na nogi. Już nie wracają do tego, co było. Około 40% (ci, którzy walczą, to moja ulubiona grupa), stają na nogi i upadają, po czym podnoszą się i próbują jeszcze raz. Pozostała grupa to ci, którzy z różnych powodów nie mogą już samodzielnie funkcjonować. Mają poważne zaburzenia psychiczne, są zbyt schorowani lub zbyt starzy, by znaleźć pracę i utrzymywać się na powierzchni. Oni kierowani są do innych placówek, szpitali, domów opieki.

Bezdomni są już częścią naszego społecznego krajobrazu. Bardzo się do nich przyzwyczailiśmy, prawda?

E.H.: Bezdomni zawsze będą. Ale nie ułatwiajmy im tego. Nie patrzmy na nich tylko przez pryzmat dworca. Kiedy przychodzi do nas nowa osoba, zawsze pytamy o jej marzenie. To początek drogi z powrotem do społeczeństwa. Dzięki temu zorganizowaliśmy kilka wystaw  prac malarskich i fotograficznych naszych mieszkańców, a niektórzy zagrali w teatrze razem z profesjonalnymi wrocławskimi aktorami. Tak podbudowani zaczynają też myśleć o innych ludziach, nie rozpamiętują tylko swoich krzywd. Sami dostajemy jedzenie od piekarni i zaprzyjaźnionych firm, ale mieszkańcy oddają to, co zostaje. Nie brakuje osób, którym brakuje jedzenia. Współorganizują akcje charytatywne, m.in. na Litwie. To bardzo ważne, ponieważ w ten sposób uczymy się dostrzegać coś więcej niż tylko własne podwórko. Na terenie Domu mamy pergolę dla Wolnego Tybetu. Tybetańczycy, którzy nas odwiedzili byli niezwykle wzruszeni, że ktoś u nas o nich w ogóle pamięta. Dlatego chcę jeszcze raz podkreślić, że bezdomność to nie margines społeczny. Nie ma czegoś takiego. Wszyscy mamy swoje prawa jako obywatele i wszyscy powinnyśmy chcieć z tych praw korzystać.

Wiadomość pochodzi z serwisu wroclaw.ngo.pl
Źródło: inf. własna, wroclaw.ngo.pl
Miejsce: Wrocław
Organizator:

Regionalne Centrum Wspierania Inicjatyw Pozarządowych (RCWIP)

Adres:

pl. Solidarności 1/3/5 pok.415; Wrocław, 53-661 ,

Tel.:

071 796 30 00

Faks:

071 796 30 00 wew.20

E-mail:

wroclaw@rcwip.pl

Www:

http://www.rcwip.pl 

Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 0 0

Skomentuj

KOMENTARZE

  • Znam ich ~Monika (pamiętacie wycieczkę na Litwę w 2000?) 21.06.2016, 10:34 Poznałam przed laty Pana Erazma i Jego wspaniałą Żonę. To ludzie o wielkich sercach, ale i wielkiej racjonalności. Gratuluję projektu i cieszę się, że mimo upływu lat nadal go prowadzą i profesjonalizują. Wspaniale! Ewo, Erazmie, życzę Wam wszystkiego dobrego! ODPOWIEDZ
  • Jaka szkoda, ze nie ma w tym artykule głosu pensjonariuszy... ~Ja 1966 17.06.2016, 01:28 Skoro pomagają tylu osobom w skali roku, a mamy rok 2016 to dlaczego nie ma ani jednego pozytywnego i ciepłego komentarza pt. jak to wyszedłem na ludzi ze stowarzyszenia ludzie ludziom. Kij ma dwa końce. I jeszcze jedno- pan deklaruje, ze pacyfista a na starość udaje komandosa.... mundur nosi i od lat komendy wydaje. ODPOWIEDZ

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • integracja społeczna
  • miasto
  • osoby bezdomne
  • wolontariusze