Przejdź do treści głównej

Anna Czerniak. Choćby dla jednego uśmiechu

autor(ka): Rafał Gębura, ngo.pl
2015-05-15, 13:43
archiwalne
Anna Czerniak
Anna Czerniak chciałaby, żeby „doktor clown” docierał do każdego szpitala w Polsce. Pacjenci mogliby częściej się uśmiechać, a przez to szybciej zdrowieć.

Kiedyś uczyła historii w szkole szpitalnej. Przyszła do dwóch szóstoklasistów, zastała tylko jednego. „To pani nic nie wie? Wyjechał nogami do przodu” –  powiedział jej drugi chłopiec. Tak to ubrał w słowa. – Za tymi okrutnie obojętnymi zdaniami krył się strach i przerażenie – opowiada Anna Czerniak. Długo nie mogła się pozbierać. W końcu doszła do wniosku, że ta praca to dla niej zbyt duże wyzwanie.

Dziesięć lat później założyła Fundację „Dr Clown”, by pomagać takim, jak ten wystraszony szóstoklasista. Fundacja organizuje zespoły wolontariuszy, którzy prowadzą terapię śmiechem i zabawą. Zakładają czerwone nosy, peruki i kolorowe stroje. Zamieniają się w clownów oraz postacie z bajek i filmów. Idą do szpitali i umilają czas małym oraz dużym pacjentom.

– Początkowo wątpiłam w ideę czerwonych nosków – przyznaje Wanda Machowska, związana z Fundacją od początku. – Ciężko było mi sobie wyobrazić, że chore dzieci będą się bawić, i że ta zabawa może jeszcze im pomóc – opowiada. Zmieniła zdanie, kiedy zobaczyła chłopca z autyzmem, który stał przy oknie, krzyczał i przytykał czerwony nosek do szyby. – Podeszłam do niego, spojrzałam w okno. Z samochodu wysiadały kolorowe postacie – opowiada. Właśnie wtedy uwierzyła w moc czerwonego noska.

Szkolenia z iluzji i cyrkowych sztuczek

To był 1999 rok. Anna Czerniak zarejestrowała organizację pozarządową. Teraz trzeba było znaleźć wolontariuszy i szkoleniowca, który nauczy ich cyrkowych sztuczek. Z wolontariuszami nie było problemu. Odwiedziła Akademię Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, weszła na wykład, opowiedziała o pomyśle, rozdała ulotki i już po chwili miała pierwszych ochotników. Trudniej było znaleźć szkoleniowca. Dobrym tropem okazała się szkoła cyrkowa w Julinku. Placówka była w trakcie likwidacji, Anna Czerniak zaproponowała ówczesnej dyrektorce pracę w Fundacji. Anna Borkowska została szefową zespołu wolontariuszy, była odpowiedzialna za ich artystyczne przygotowanie. Do dziś pracuje w organizacji.

Siedziba Fundacji mieści się na warszawskiej Pradze. Pracuje tam siedem osób. Organizacja ma 30 lokalnych oddziałów, które obejmują zasięgiem 90 miast. Każdym oddziałem zarządza współpracujący z Fundacją pełnomocnik. To oni organizują wizyty wolontariuszy w szpitalach, domach dziecka, a od niedawna również hospicjach i na oddziałach geriatrycznych.

Fundacja ma około 700 wolontariuszy w całej Polsce. Każdy z nich przechodzi szkolenie, podczas którego uczy się iluzji, żonglerki i innych cyrkowych sztuczek. Ale nie tylko. Uczą się również tego, jak pracować z dziećmi, by zlikwidować stres spowodowany strachem, chorobą i bólem. Wolontariusze docierają do ponad 70 szpitali i prawie 100 placówek specjalnych. Dużo, ale to i tak kropla w morzu potrzeb.

Większość szpitali przyjmuje ich przyjaźnie, ale nie zawsze tak było. Kiedy zaczynali, lekarze na myśl o czerwonych noskach kręcili nosem. „Clown w szpitalu? Nonsens!” – oburzali się. Anna Czerniak wyjaśniała, dlaczego warto. Opowiadała o gelotologii – nauce, która dowodzi, że terapia śmiechem jest skuteczna. – Dziecko, które śmieje się, jest wesołe i odstresowane. W jego organizmie wyzwalają się endorfiny, co daje szansę na szybsze zdrowienie – wyjaśnia. Mimo to, wciąż są placówki, które o „doktorze clownie” nie chcą słyszeć. – Od roześmianych dzieciaków wolą święty spokój – mówi Anna Czerniak. I dodaje, że na szczęście nie jest ich wiele.

Zaangażowana na serio

Jaką jest szefową? – Jestem wyrozumiała, tolerancyjna, ale też bardzo dokładna, żeby nie powiedzieć upierdliwa – śmieje się. Wanda Machowska mówi o niej tak: – Do swoich obowiązków podchodzi bardzo serio. Jest tak zaangażowana w to, co robi, że kiedy jej coś nie pasuje, bywa nerwowa. Czasem krzyczy. Jeśli ktoś jej nie zna, mógłby pomyśleć, że baba się czepia – uśmiecha się. – Ale idzie z nią wytrzymać – dodaje.

Bożena Wydrzycka, znajoma od ćwierć wieku: – Hanka (tak nazywają ją znajomi) nie potrafi oddzielić życia prywatnego od zawodowego. Myślami ciągle jest w pracy. Lubię ją za to, że nie boi się zmian i jest otwarta na nowości. Bez problemu można namówić ją na nietypową torebkę albo nieplanowany wyjazd. Mąż Hanki złości się na nią, że poświęca mu mało czasu. Oboje są już na emeryturze, ale ona ciągle w biegu. Wraca do domu zmęczona i nie ma siły, by wyjść do kina czy na basen. Ale jej taki styl życia odpowiada. Praca w Fundacji daje radość i satysfakcję.

Marzenie

Anna Czerniak nigdy nie pracowała jako clown, ale wielokrotnie odwiedzała małych pacjentów w towarzystwie wolontariuszy. Zapadła jej w pamięć siedmiolatka, która płakała, że nie chce, by wypisywano ją do domu, bo pojutrze ma ją odwiedzić „doktor motylek” – jedna z wolontariuszek. – Ta historia pokazała mi, jak bardzo dzieci nas potrzebują – mówi szefowa Fundacji.

To właśnie dlatego chciałaby doprowadzić do tego, by „doktor clown” docierał do każdego szpitala w Polsce. – Wtedy wszyscy mali i duzi pacjenci częściej mogliby się uśmiechać, a dzięki temu szybciej zdrowieć – mówi. To jej największe marzenie. Ale czy realne? – Niestety wiele zależy od pieniędzy. Gdybym miała dwa razy większy zespół, moglibyśmy bardziej się rozmachnąć.

Tysiące czerwonych nosków

Działalność tak dużej Fundacji kosztuje. Potrzebne są: kolorowe stroje, upominki dla dzieci i akcesoria do pracy wolontariuszy. Samych czerwonych nosków Fundacja rozdaje trzy i pół tysiąca miesięcznie. Długo można by wyliczać wydatki organizacji. Na szczęście w Polsce są ludzie, którzy chcą się do nich dorzucić. W bazie darczyńców Fundacji jest obecnie sto dziesięć tysięcy osób, ale tylko część z nich przekazuje darowizny regularnie.

– Raz na jakiś czas wysyłamy listy do naszych darczyńców, w których piszemy, co u nas słychać i czym się w danej chwili zajmujemy. Prosimy o wsparcie i dołączamy przekaz – opowiada Anna Czerniak. Nie każdy decyduje się z niego skorzystać, ale w zeszłym roku udało się zebrać w ten sposób ponad cztery miliony złotych – mówi. Darowizny są najważniejszym źródłem przychodów Fundacji.

Kilka tysięcy darczyńców otrzymało już honorowy tytuł ambasadora za regularne wsparcie. Niektórzy na tyle związali się z organizacją, że recenzują jej działalność. Dzwonią i mówią na przykład tak: „Nie podoba mi się, że do listu, który mi przysłaliście, zostały dołączone naklejki. Mnie nie interesują naklejki, a to przecież kosztuje!”. Annę Czerniak cieszą te telefony, choć nie wszystkie są miłe. Cierpliwie wyjaśnia każdemu, że drukarnie drukują Fundacji naklejki za bezcen albo za darmo.

Równie ważnym źródłem finansowania jest 1 procent podatku. W zeszłym roku numer KRS Fundacji „Dr Clown” do swojego rozliczenia podatkowego wpisało około 40 tysięcy osób. Udało się uzbierać prawie półtora miliona złotych. Pieniądze płyną również z grantów (317 tys. zł) oraz od firm. Ale te nie dają już tak chętnie. Dziś oczekują czegoś w zamian, na przykład inspirujących warsztatów dla pracowników firmy. – CSR – tak to się fachowo nazywa – wyjaśnia Anna Czerniak. Dla nas to więcej pracy, ale i tak warto. W ubiegłym roku firmy przekazały nam 94 tys. zł. Poza tym, spotykamy się z pracownikami i opowiadamy o naszej działalności. Część osób deklaruje, że przekaże nam 1 procent podatku.

Drugie życie

Dodatkową działalnością Fundacji jest pomaganie indywidualnym pacjentom: finansowanie rehabilitacji, zakup leków, a także protez. Co roku udaje się kupić jedną lub dwie – na tyle wystarcza pieniędzy. Niestety, potrzebujących jest znacznie więcej. – Wybieramy tych, którzy protezy potrzebują najbardziej – wyjaśnia Anna Czerniak. – Rozmawiamy z każdym. I choć serce pęka, nie możemy pomóc wszystkim. Bo proteza to poważny wydatek – kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt tysięcy złotych – opowiada szefowa Fundacji. Można kupić tańsze (NFZ daje na ten cel od 780 do 3 tysięcy zł), ale ich jakość nie zadowala. – Kiedyś pomogliśmy sfinansować jednemu z naszych starszych podopiecznych zakup lepszej protezy nogi. Żalił się, że dotychczasowa zużyła się, a on czuł, jakby chodził z przyczepionym kijem.

Dwa lata temu trafił do nich 19-latek bez nogi, z głęboką depresją. Matka myślała, że już go z tego nie wyciągnie. Fundacja wyjęła z konta 78 tys. zł i kupiła protezę nogi razem z biodrem. Chłopak dzwoni do dziś i opowiada, jak wygląda jego drugie życie.

Informacja własna portalu ngo.pl

Źródło: ludziesektora.ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 9 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • dzieci
  • ochrona zdrowia
  • wolontariat