Przejdź do treści głównej

Łukasz Krzysztofczyk: Klient płaci najwyższą cenę

autor(ka): Maciej Waszkiewicz, ngo.pl
2014-11-14, 06:17
archiwalne
Tylko jedna sfera jego działalności nie jest w jakikolwiek sposób zinstytucjonalizowana. To sen. I byłby to jakiś przyczółek prywatności w jego życiu poświęconemu pracy, gdyby śnił chociaż prywatnie. A śnią mu się albo udane akcje, albo pomysły na kolejne przedsięwzięcia. Tak można by po krótce scharakteryzować życie Łukasza Krzysztofczyka, tegorocznego laureata akcji „Akcja Akacja, Akcja Dąb – Niezwykli Dolnoślązacy 2014”.

Dziewięcioletni już konkurs ma wyróżnić osoby pełne zaangażowania, inwencji i energii, które zmieniają nasz świat na lepsze.

Ten niezwykły Dolnoślązak jest jeszcze na tyle młody, że pamięta czasy gimnazjum. Wychowawczyni stanęła przed nim któregoś dnia i zapytała, co będzie w życiu robił, bo to już czas choć trochę się określić. Łukasz Krzysztofczyk bez namysłu strzelił: „Nie ważne co, ważne, żeby z ludźmi… i dla ludzi”. No i wszystko było jasne. Droga kariery potoczyła się tak, że najpierw z ludźmi, a potem dla ludzi.

Głowa ważna, ręka się zagoi

Z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej wyszedł z mocnym postanowieniem, że zostanie dziennikarzem. A on jak postanowi, to tak się dzieje. Pracował w lokalnej gazecie strzelińskiej, gdzie mieszka, i portalu Interia.pl. Robił tam wywiady z gwiazdami. – Gwiazdy, jak to gwiazdy, mają swoje kłopoty, a do mnie dotarło, że chciałbym mierzyć się z problemami ludzi na innym poziomie – opowiada. Jakim poziomie? No, potem okazało się, że fundamentalnym.

Kiedy był na stażu w urzędzie gminy w Strzelinie, pojawiła się nie lada okazja. Początkowo chcieli go w referacie księgowości, ale jak okazało się, że zwolniło się miejsce pełnomocnika burmistrza do spraw profilaktyki uzależnień, to ówczesny szef skorzystał i posadził w odpowiednim gabinecie Łukasza. Głęboka woda, trudno się było nie utopić. – Podstawy psychologii miałem, bo zawsze mnie ta dziedzina fascynowała. Do tego lubię pracę z ludźmi i chyba wiem, jak do nich podchodzić – mówi. Kiedy więc przyszedł jego pierwszym klient, 50-latek, który nie wiedział, że od dziś będzie pracował z 21-latkiem, to było niezręcznie. Łukasz zaraz jednak wyczuł metodę na dojrzałego pana. Postawił go w sytuacji mentora, pytał o terapię, słuchał o działaniach poprzedniczki. Tak zyskał zaufanie. – Do dziś konsultuję z nim niektóre przypadki, bo jemu udało się wyjść z nałogu.

A udało mu się wyjść z pomocą Łukasza. Ludziom z nałogami Niezwykły Dolnoślązak pomaga w urzędzie już siedem lat. Choć śmieje się, że na drzwiach powinien mieć tabliczkę stanowisko do spraw różnych – taki ma zakres obowiązków. Śmieje się, bo to lubi. Lubi działać od rana do nocy, pożytecznie spędzać swój czas. Założył na przykład stowarzyszenie promujące taniec. Sam już mało tańczy, bo klepiąc się po brzuchu przyznaje, że ciało już nie to. A doświadczenie w tańcu ma dwuletnie – tyle trenował. Do dziś kocha ten sport, ale kontuzja wykluczyła go z przyszłego zawodowstwa za młodu. Złamał rękę, i to na ulicy, nie na parkiecie – chronił głowę, gdy kolega podłożył tak zwanego haka. Chronić głowę się opłacało, bo to w niej rodzą się wszystkie pożyteczne pomysły.

300 blach na raz

Do tej pory najpożyteczniejszy narodził się dwa lata temu. Nazywa się Stowarzyszenie Gramy o życie. Zaczęło się od rodziców siedmioletniego wtedy Dominika, którzy przyszli do urzędu prosić o pomoc finansową, bo ich synek zachorował na białaczkę. Padła propozycja, by zorganizować happening i zbiórkę publiczną. Padło też na Łukasza, by ją zrealizował. No więc ten zawiązał komitet społeczny i sprawę pchnął do przodu. Niecałe pół roku potem zgłosiła się już do niego mama Nikoli chorej na mukopolisacharydozę. Wtedy Łukasz zaczął zastanawiać się nad „zawiązaniem podmiotu, który zamiast pomocy doraźnej, mógłby realizować pomoc długoterminową”. Tak powstało stowarzyszenie.

–  Zawiązaliśmy je, ale skład dopiero się konstytuował – opowiada jego prezes, jednocześnie wzdychając. – No cóż. Jakby to powiedzieć. Ja jestem bardzo wdzięczny moim wolontariuszom, a już szczególnie za to, że pracują ze mną. Bo to wcale nie łatwe.

Łukasz jest bardzo wymagający. Z prostej przyczyny, którą klarownie wyjaśnia. Do stowarzyszenia z prośbą o pomoc zgłaszają się ludzie, których problemy są wagi fundamentalnej. Chodzi o ich zdrowie, często życie. Można powiedzieć, że „klienci” tej „firmy” płacą najwyższą cenę. – Oddają w nasze ręce nadzieję na lepsze jutro albo jutro w ogóle. Nie możemy działać na pół gwizdka, nie możemy sobie pozwolić na amatorszczyznę. Wszystko musi być perfekt – wyjaśnia Łukasz.

Tak było w czasie akcji, która przyniosła im największy rozgłos. W tym roku ratowali 30-letnią Anię, u której nagle pojawiło się mdlenie, zawroty głowy. Okazało się, że to guz mózgu i zostało jej trzy miesiące życia. A tu komunia córki, plany, marzenia. Była jedna szansa, ale w klinice w Stanach. Koszt – 200 tysięcy złotych. No i dzięki temu profesjonalizmowi się udało. Jak? Słodkim pomaganiem, czyli sprzedawaniem ciast przy okolicznych kościołach. Ciasta piekły wolontariuszki i wolontariusze z całej gminy. Były niedziele, że mieli do dyspozycji 300 blach. Jedna z kobiet przywiozła na raz 40.

–  Odzew był fantastyczny. Tysiące ludzi piekło, tysiące ludzi kupowało, często zostawiając nam resztę, dopłacają spore kwoty do cen – opowiada Łukasz. Gdzie tu profesjonalizm? Po pierwsze w tym, że ludzie dostawali za pieniądz coś w zamian, czyli wypieki, a po drugie dlatego, że u wolontariuszy cukierników sprawdzali nie tylko dobre serce, ale i jakość wypieku. Każda blacha była „rewidowana” przy darczyńcy, czy nie ma zakalca, czy świeża, czy dobra. Atestowane szły dalej.

Niechcizm, niemogizm

Co sobotę wolontariusze kroili i paczkowali te wszystkie wypieki, a co niedzielę stali pod kościołami i sprzedawali to, co popaczkowane. Na koniec akcji, jakieś 200 tysięcy złotych później, Łukasz klęknął przed wolontariuszami i przeprosił za tę całą harówkę, za telefony po 11 w nocy, ale nikt nie miał za złe – chcieli więcej. No i mają. Ania była piątym podopiecznym, a dziś, pół roku po akcji dla niej, stowarzyszenie ma ich już trzynaścioro. Część pochodzi spoza województwa.

–  Łukasz przepraszał, bo jest wymagający, ale nikt rozsądny nie może mieć o to pretensji. Wszyscy wiemy, o co gramy – mówi 16-letnia wolontariuszka Ola. – Wymaga od nas, ale jeszcze więc wymaga od siebie i to mówi o nim wszystko. A wady? No, jest uparty, ale z drugiej strony przeważnie upiera się w słusznej sprawie – śmieje się.

–  To jest chłopak szczery do bólu – mówi ojciec Łukasza, Stanisław. – Nie potrafi przejść obok niesprawiedliwości i krzywdy obojętnie. To zauważają nawet nasi sąsiedzi.

Zauważają to też celebryci, których Łukaszowi udało się namówić na to, by zostali ambasadorami Stowarzyszenia. Renata Pałys, aktorka teatralna i filmowa, powszechnie znana z serialu „Świat według Kiepskich”, poznała go w czasie imprezy organizowanej przez dom kultury.

– Od razu się na nim poznałam. Niespożyta energia, kopalnia pomysłów, a do tego bardzo konkretny charakter – opowiada aktorka. – To wszystko przekuwa na skuteczność. Trzeba mu pomagać. To krzepiące, że młodemu człowiekowi tak chce się chcieć.

Łukaszowi chce się chcieć nawet wtedy, gdy wokół niego tylko to, czego najbardziej nie znosi: niechcizm, niemogizm i tomiwisizm. Na przykład ostatnio z paniami z sołectwa wpadli na pomysł utworzenia biblioteki obywatelskiej, a jedna z nich torpedowała inicjatywę, „że się nie uda…”. Udało się. Są już trzy. Ludzie naznosili mnóstwo książek. – Najpierw jedna, dwie, trzy, potem karton, dwa, trzy, potem bus, dwa, trzy – wylicza Łukasz. Tą wyliczanką wszystko u nich działa. Ale dlatego, że stowarzyszenie te inicjatywy podsyca. Na przykład do bibliotek obywatelskich swoje książki wysyłają też gwiazdy, które Łukasz obdzwonił. Każda biblioteka ma celebrycką półkę – można poczytać to, co zrobiło szczególne wrażenie na znanej osobie, to, co ona sama miała w rękach.

–  Dajemy ludziom coś więcej – opowiada Łukasz. – Tak powinna chyba wyglądać dziś działalność charytatywna. Trzeba wymyślać nowe formuły, robić to z pasją i profesjonalizmem. Czy to trudne? Na początku bardzo, bo trzeba zdobyć zaufanie. Ale dziś ludzie wiedzą, że to nie zabawa, że nie jesteśmy grupką zapaleńców, którym za chwilę przejdzie. My w tej działalności zostajemy.

***

Łukasz Krzysztofczyk, prezes Stowarzyszenia Gramy o Życie, urzędnik i były dziennikarz. Urodził się w Strzelinie w 1986 roku, tam też chodził do szkoły podstawowej. Również w Strzelinie uczęszczał go Gimnazjum numer 2, a potem do Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Ludowie Polskim. Wykształcenie dziennikarskie zdobył w Dolnośląskiej Szkole Wyższej, by zaraz po niej pracować w portalu Interia.pl, a także w regionalnej gazecie. Obecnie pracuje w Urzędzie Miasta i Gminy Strzelin na stanowisku inspektora ds. profilaktyki uzależnień i współpracy z organizacjami pozarządowymi. Od dwóch lat prezes i założyciel Stowarzyszenia Gramy o Życie.

Informacja własna portalu ngo.pl

Źródło: inf. własna (ngo.pl)
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!
Wyraź opinię 6 0

Skomentuj

KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy

Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

  • dobroczynność, filantropia
  • ochrona zdrowia
  • problemy społeczne, uzależnienia, profilaktyka
  • wolontariusze